Harry Potter nie należy do mnie. Nie zarabiam na nim żadnych pieniędzy.
BIAŁY CZARNOKSIĘŻNIK
Rozdział Pierwszy
Zbrodnia i Kara
Alesandres uśmiechnął się kącikami ust, gdy zza kasztanowców wyłonił się Dwór Sunroylów. Aportowałby się pod same drzwi, ale Matka ostatnio bywała paranoiczna i kazała zmienić bariery antyteleportacyjne tak, by tylko ona mogła się niespodziewanie pojawić. Z doświadczenia wiedział, że gdy się raz uprze, nic nie jest w stanie zmienić jej decyzji.
Był przemarznięty. Mimo że na Aleję Przeklętego Nokturnu nałożono wiele zaklęć ocieplających, i tak był zmuszony założyć ciepłe futro. Powinien był posłuchać Matki i założyć jedno ze zwykłych płaszczów z rodzinnym godłem, ale w swojej piętnastoletniej buńczuczności wybrał durmstrandzkie futro z wilczej skóry, czego konsekwencji oczywiście doświadczył na własnej skórze. Nie było jeszcze tak źle na Nokturnie – prawdziwym kłopotem była Pokątna, gdzie co chwila słyszał ponure szepty: „czarnoksiężnik”, „…z tej samej szkoły, co Czarny Pan”, „Ma czelność!”, „…powinni skazać na Azkaban ich wszystkich!”. Zignorował ich, patrząc na nich wszystkich z góry… Biali czarodzieje, tacy zakochani w sobie… Gotowi w każdej chwili, by powitać czarnoksiężników z nienawistnym urokiem na ustach… Mali hipokryci, biali czarnoksiężnicy – oto jak ich nazywał. Słyszał, że jego Ojciec, nim opuścił Matkę pięć lat temu, był taki sam. Nawet jeśli Sarabi Sunroyl twierdziła, że to zawsze było tylko pożądanie, Alesandres wiedział swoje. Matka zmieniła się, stając się histeryczką i kumulując w sobie nienawiść; oskarżając nawet skrzaty o spiskowanie… Początkowo Alesandres starał się jej pomóc, chciał by zapomniała o nim, by zrobiła to dla swoich dzieci… Dość szybko odkrył, że walczy z wiatrem.
Obecnie, za swój jedyny dom uznawał Instytut Durmstrangu. Właściwie nie wracałby do Dworu Sunroylów, gdyby nie jego rodzeństwo – tak rzadko ich widywał. Jeśli chodziło o nich, to chciał być brany za przykład. Kochał to uwielbienie w ich oczach; podziw, którym go obdarzali na każdym kroku.
Wyciągnął z wewnętrznej kieszeni futra kieszonkowy zegarek i zerknął na godzinę. Lubił go, pomimo pękniętej szybki. Był bardzo stary. Dochodziła szósta, pora obiadu – idealnie.
Przekroczył próg drzwi i natychmiast zaatakowały go skrzaty prośbami o płaszcz. Rzucił im go z prychnięciem na ustach. Żałosne istoty – ich jedynym celem było służyć.
Wyszedł z hallu wejściowego i skierował się do oranżerii. Miał nadzieje, że spotka tam bliźniaków, w końcu miał dla nich drobny prezent – pudełko czekoladowych żab. Ku jemu zaskoczeniu, pomieszczenie było puste.
- Krzywek! – rzucił od niechcenia. Po chwili pojawił się przed nim strasznie skrzywiony skrzat. Jednego dnia, kiedy Alesandres jeszcze nie miał różdżki, Matka zirytowała się strasznie i wyżyła na biednym skrzacie, oblewając mu twarz kwasem. Efektem czego, stary skrzat posiadał tylko jedno oko, jedno ucho i usta nienaturalnie wykrzywione w półksiężyc.
- Tak, paniczu Alesandres, sir, Krzywek jest na pana rozkaz, Krzywek należy do-
- Tak, tak, wiem. – przerwał mu zniecierpliwiony młody czarnoksiężnik – i jestem pewien, że nic się nie zmieniło od dzisiejszego ranka. Gdzie są Ignis i Ramina?
Alesandres zmarszczył brwi, kiedy skrzat odsunął się, wyraźnie zmieszany. Miał szczerą nadzieje, że bliźniaki nie siedziały znowu ukarane w ciemni. W końcu ciemnia była na zewnątrz, a śnieżyło…
- Pani kazała nie mówić, Krzywek nie może powiedzieć, Krzywek złożył przysięgę, paniczu, sir. Krzywek się ukarze, tak, Krzywek zasłużył… - wymamrotał skrzat, patrząc swoim jednym, załzawionym okiem w podłogę.
Matka kazała milczeć skrzatom? Dziwne… No cóż, od skrzata nic się nie dowie.
- Upewnij się, że należycie to zrobisz.
Znalazł Matkę w jadalni. Na jej kolanach siedział mały Solem, wkrótce czteroletni. Matka gruchała nad nim, próbując wmusić w niego jedzenie, a chłopiec tylko krzywił się co i rusz, będąc na skraju płaczu.
- Wróciłem, Matko. – przywitał się Alesandres. – Kupiłem wszystko, co kazałaś.
- Můj dědic! – zawołała radośnie czarownica, odstawiając Solema na puszysty, perski dywan. Trzylatek posłał mu wdzięczne spojrzenie, na co Alesandres uśmiechnął się jednym kącikiem ust. Matka nazywała go dziedzicem, mimo że nie była to prawda; w końcu Alesandres był Sunroylem po kądzieli. Matka nigdy nie wyszła za Ojca, łamiąc wszelkie zasady etykiety Czarodziejów Czystej Krwi, z miłości. – Ufam, że podróż poszła ci gładko, nie chodziłeś w żadne niebezpieczne miejsce, ani nie rozmawiałeś z nieznajomymi? Pokątna jest niebezpieczna, tyle obrzydliwych szlam się tam kręci! Mogli cię nawet porwać i wrzucić do Azkabanu. Můj malý dědic … Nie, nie będę ci opowiadać strasznych historii o Dementorach, jeszcze nie będziesz mógł spać! – zakończyła z błyskiem szaleństwa w oczach. Alesandres musiał ją powstrzymać, by nie rzuciła się na niego w przypływie matczynej opiekuńczości. Czasami Matka była normalna, czasami zachowywała się, jakby świat zatrzymał się dla niej w dniu jego odejścia.
- Byłem ostrożny. – odparł lekko, a Sarabi zaprosiła go do stołu. Dla siebie zachował spotkanie z Borysem Krumem, absolwentem Durmstrangu i poplecznikiem Czarnego Pana. Kiedy Borys uczęszczał do Durmstrangu, całkiem często uczyli się razem w Wielkiej Bibliotece.
Usiadł na rzeźbionym krześle, po prawej od szczytu stołu, na miejscu należnym dziedzicom rodów. Po jej pstryknięciu palcami pojawiły się dwa skrzaty domowe: Krzywek, naturalnie krzywiąc się na wszystkich dookoła; i zapłakana Dziobka. Alesandres aż zamrugał ze zdziwienia na jej widok. Zawsze była radosnym skrzatem, czerpała wiele przyjemności ze służenia… ze służenia bliźniakom…
- Matko, gdzie mój brat i siostra? – spytał, podnosząc na nią spojrzenie chłodnych, bursztynowych oczu. Dreszcz przeszedł przez jej całe ciało.
- Můj dědicu, o czym ty mówisz? – jej głos dźwięczał co najmniej o ton za wysoko, by iść w parze z ciepłym uśmiechem, którym go obdarzyła. Wskazała ręką na bawiącego się w kącie maleńką lalką-czarownicą Solema – Tutaj jest twój brat.
- Dobrze wiesz kogo mam na myśli, Matko. – wycedził, czując że jego pokłady cierpliwości są na wyczerpaniu. Miał serdeczne dość tej całej nieobecności bliźniaków owianej tajemnicą. Powtórzył: – Gdzie jest Ignis i Ramina, mój brat i siostra?
- Masz tylko jednego brata, dědicu.
Nie wytrzymał. Nie wytrzymał i zerwał się od stołu, przewracając kieliszek czerwonego wina. Matka przez chwilę obserwowała rosnącą plamę na białym obrusie. Skrzyżował z nią spojrzenie nieustępliwych jasnych oczu, takich samych jak jej kilka lat temu. Teraz jej oczy były mętne i ciemne.
- Byli charłakami, Alesandresie Sunroylu. – usłyszał stary głos od strony wyjścia do salonu. Odwrócił głowę, zwężając oczy. – Podjęliśmy odpowiednie kroki.
W wejściu stał surowo wyglądający czarodziej w średnim wieku, ubrany w elegancką szatę, obok czarownicy, ubranej w ciężką ciemnozieloną suknię. W jej widoku mógł dostrzec pewne podobieństwa do swojej Matki.
- Co ma pan na myśli? Co za troll w przebraniu czarodzieja tak stwierdził? – spytał sztywno. Nie mógł uwierzyć w to co słyszał. To prawda, że Ignis i Ramina nie przejawiali żadnych oznak przypadkowej magii, ale byli wciąż tacy mali…
- Zapewniam cię, chłopcze, że był to wyspecjalizowany magomedyk ze św. Munga. – odpowiedział ostro czarodziej. – Zrobiliśmy to, co każda inna rodzina czarodziejów powinna z nimi zrobić.
Alesandres czuł jak serce na chwilę w nim zamiera i chyba nie oddychał.
- Czyli co? – wyszeptał, słysząc jak żałośnie jego głos brzmi. – Co? – poprawił się, stojąc sztywno.
- Ależ, usunęliśmy ich. Z tego świata. – odparł nonszalancko czarodziej z szyderczym uśmiechem na twarzy.
Stał z kamiennym wyrazem twarzy, doszukując się kłamstwa w słowach obcego. Nie znalazł.
- Mordercy... - to słowo uciekło z jego ust, zanim zdążył je powstrzymać. Nie byli mordercami. Przecież pozbywanie się charłaków należało do tradycji czarnoksiężników czystej krwi. Nie byli czarnymi charakterami, przecież to była tradycja… Lecz wciąż, Ignis i Ramina – charłakami? Alesandres czuł się osaczony i nie cierpiał tego uczucia. Dotknął różdżki, schowanej w rękawie. Świerzbiło go, by rzucić na nich wszystkich jedną z wielu klątw, których nauczył się w Durmstrangu…
- Schowaj tę nędzną różdżkę. W żadnym wypadku nie przekonujesz mnie, bym nazwał cię moim następcą, chłopcze. Lepiej zacznij się starać. Możesz zacząć od padnięcia na kolana. – prychnął starszy czarodziej, czarnoksiężnik właściwie i teraz Alesandres był pewien, że i Lord Sunroyl. W końcu otrząsnął się z szoku, i jedynym co pozostało w jego głowie była zimna furia.
- TWOIM NASTĘPCĄ?! A kim ty, na galopujące hipogryfy jesteś?! Ośmielasz się pokazać przede mną po szesnastu latach?! Sprawy dziedzictwa możesz sobie wepchnąć głęboko w…
- Alesandres! – pisnęła jego Matka, jednocześnie z Lordem Sunroylem:
- Crucio!
W ostatniej chwili zdążył się uchylić przed mknącą w jego kierunku klątwą, która trafiła w efekcie w rzeźbę za nim. Jej kawałki rozsypały się na stół przed nią i trafiły go w głowę, chwilowo ogłuszając.
- To cię nauczy szacunku do twojej głowy rodu. Conjunctivitis!
- Protego! – rzucił w stronę pana Sunroyla, ale klątwa roztrzaskała zaklęcie ochronne, uderzając go w sam środek czoła.
I po chwili odkrył, że jest ślepy. Krzyknął z rozpaczą, łapiąc się za palące oczy, nie dbając o różdżkę, nie dbając o nic. Jego wzrok, jego wzrok!
- Nie drap oczu. Być może odwołam klątwę, gdy stwierdzę, że przyswoiłeś sobie odpowiednią kulturę. – usłyszał gdzieś z daleka głos. Ktoś położył mu drżącą rękę na ramieniu, chyba jego Matka.
- Nienawidzę cię, nienawidzę cię, nienawidzę – szeptał jak mantrę, kołysząc się w tył i przód, otaczała go ciemność.
- Je lepší na vás, abyste se o něj starat, moje dcera. To má špatný jazyk a moc hrdost na sebe. Temný Pán nebude tolerovat.*
- Chápu Matko, budu poslouchat.** – jego Matka odparła.
Alesandres płakał niemo, zupełnie jakby i głos mu odebrano. Wylewał łzy za zranioną dumą, za straconym wzrokiem i przede wszystkim za swoim rodzeństwem, które dzisiaj stracił. Lecz nie płakał ze słabości, jego łzy były obietnicą zemsty i to właśnie sobie poprzysiągł tego dnia.
Bez litości.
*Lepiej żebyś zajęła się nim, moja córko. Ma zły język i zbyt wiele pychy w sobie. Czarny Pan nie będzie tego tolerował. (j. czeski)
**Rozumiem Matko, będę posłuszna. (j. czeski)
-DZIKIE KWIATY-
Biały
Czarnoksiężnik
Po tygodniu udało mu się przyzwyczaić
do ślepoty. Początkowo wpadał na ściany, stoły i wiele innych rzeczy. Po trzech
dniach takiej udręki i nieustannych drwin Lorda Sunroyla i jego żony, która
mówiła tylko po czesku, zabrał ze sobą skrzata domowego do biblioteki i kazał
mu znaleźć jakiekolwiek zaklęcie, klątwę lub urok, który by anulował moc Conjunctivitisa.
Nie mogli znaleźć niczego, z pewnością robota Lorda Sunroyla, ale za to
znaleźli Zaklęcie Ciepłych Rąk, jakiego używały ślepe wyrocznie. Działało ono
tak, że przedmioty w jego pobliżu wydawały się oddawać duże ilości ciepła –
ostrzegając go. Musiał nauczyć się stawiać ostrożne kroki, niełatwo było w porę
zauważyć przeszkody.
Odmawiał poddania się Lordowi
Sunroylowi, ale wkrótce odkrył, że jest to nieuniknione. Za każdym razem, gdy
„lizał czarnoksiężnikowi buty”, w myślach powtarzał sobie: „Zemszczę się,
zemszczę się, ty stary pryku.”. W końcu, po tygodniu, klątwa została uniesiona
i Alesandres nie marnował czasu planując długo wyczekiwany odwet.
Opuścił Dwór Sunroylów z samego ranka,
już dzień wcześniej mówiąc tylko o tym, że wybiera się po durmstrandzkie
podręczniki na wiosenny semestr trzeciego roku. W Durmstrangu naukę rozpoczyna
się później niż w Hogwarcie. Kiedy tylko opuścił grunty należące do Dworu, nie
deportował się na Siny Skwer w Rosji, a wprost do Grecji, przed znajomy,
błękitny Dwór Trelawneyów.
Machnął trzykrotnie różdżką, przed
lekką, metalową bramą. Był zaskoczony tym, jak blisko mógł podejść; w końcu
Kasandra Trelawney była znaną wyrocznią, wielką sławą. Z drugiej strony, matka
jego… przyjaciółki rzadko przebywała
w Dworze, wybierając podróżowanie. Reja praktycznie każdą przerwę od szkoły
spędzała w towarzystwie swoich, och-chich-chich
przyjaciółek. Reja również odziedziczyła dar matki, choć nie dzieliła się
swoimi wizjami z nikim, i nosiła duże okulary w czarnych oprawkach. Zważywszy
na to, że jej Matka była ślepa, Alesandres wywnioskował, iż wraz z częstszymi
wizjami, wyrocznie traciły wzrok.
Rozległ się ptasi trel, na co
Alesandres lekko się uśmiechnął. Po chwili drzwi dworu uchyliły się i zza nich
wyjrzała Reja. Kiedy tylko zauważyła go, przeskoczyła krótką odległość ich
dzielącą i spytała ze zdumieniem:
-
Alesandres?! Co ty tu robisz? Myślałam, że spotkamy się dopiero na półfi-
-
Musisz mi pomóc. – przerwał.
Przyjrzała mu się dokładniej.
Alesandres wiedział, jak żałosny obraz prezentował; był blady, pod błyszczącymi
oczami miał straszne wory, a czarne włosy były polepione. Wyglądał na
wyczerpanego. Gdyby nie był tego pewien, w okularach Rei odbijał się
wystarczający dowód.
-
Och. Czy twoja matka…? – czarownica spytała z wahaniem w głosie.
-
Nie – odparł zniecierpliwiony, patrząc na nią z rosnącą irytacją – nic z nią.
Wpuścisz mnie, czy mam tu zamarznąć?
Reja Trelawney zaczerwieniła się aż po
krańce uszu i spojrzała na niego z winą w oczach. Nie mógł powstrzymać
zadowolonego uśmiechu na ten widok – uwielbiał tę skruchę na jej twarzy. Być
może będzie w stanie wywołać ją w innej, bardziej… intymnej sytuacji.
- Przepraszam, wejdź.
Reja zaprowadziła go bez zbędnych
ceregieli do pokoju bawialnego. Alesandres, rzecz jasna, nie omieszkał kopnąć
skrzata domowego, który zaplątał mu się pod nogi i prychnąć na niego, gdy
żałosne stworzenie z cichym pop!
deportowało się.
Pokój był urządzony w barwach bieli i,
jak można było się spodziewać, błękitu. Aczkolwiek magoarchitekt musiał wyjść z
założenia im mniej materiałów tym lepiej – i większość ścian oraz podłoga
świeciły cedrowym drewnem.
W środku ktoś już był.
-
Alesandres, moi przyjaciele. Uczą się w Hogwarcie. – Reja odchrząknęła i
uśmiechnęła się słodko. Potem wskazała na czarodzieja, który patrzył na
wszystko ze znudzoną miną. – To jest Harfang Longbottom, na czwartym roku. Jest
zaręczony z Kallidorą Black. Kojarzysz ją, prawda? Jest rok niżej, w
Durmstrangu.
-
Wiem kto to. – odparł Alesandres.
Harfang skrzyżował z nim spojrzenie,
kretyńsko prowokując go. Alesandres wytrzymał spojrzenie i to Harfang był tym,
który jako pierwszy się wzdrygnął i odwrócił wzrok, kuląc na zajmowanym
krześle. Idiota.
- Lukrecja
Black. – mała czarownica przeleciała tylko pobieżnie po nim spojrzeniem. Przez
większość czasu zdawała się nie spuszczać Longbottoma z oczu. – Lukrecja
pilnuje Harfanga. Myśli, że Harfang chce zdradzić jej kuzynkę. – Reja
wyszeptała mu do ucha, biorąc go za ramię i chichocząc. Wskazała na dwójkę o
platynowych włosach, siedzących na białym tapczanie. Czarownica wyglądała na
poirytowaną, a chłopiec, patrzył na niego z rozmarzoną miną.
-
I rodzeństwo Lovegood. Diana, ostatni rok; i Nanna. On jest na drugim.
Alesandres wziął jeden głęboki oddech.
Gdzieś na skraju słyszalności usłyszał jak Nanna rzuca coś o gnębiwtryskach, cokolwiek to było. Jego
myśli leciały na łeb, na szyję – Lovegoodowie mieli coś bardzo, bardzo
użytecznego dla jego celów. Nie przemyślał tego tak dokładnie jak wcześniej mu
się wydawało – nie pomyślał, o tym, że Reja może mieć z Lovegoodami kontakt, a
to, to ułatwiało wiele spraw.
-
Idealnie – wyrwało mu się, znowu.
Naprawdę powinien popracować nad językiem – kiedyś ten język go zgubi.
Zorientował się, że patrzą się na
niego oczekująco, więc przyjął jak najbardziej sympatyczny wyraz twarzy, na
jaki był w stanie się zdobyć. Wyciągnął różdżkę i wyczarował sobie i Rei po
fotelu, choć sobie bardziej zdobiony.
-
Jestem Alesandres z rodu Sunroyl. – zaczął, siadając elegancko i uśmiechając
się lekko do Diany Lovegood. Diana w odpowiedzi zmarszczyła brwi i przyjrzała
mu się podejrzliwie. – I mam coś, co może zainteresować Żonglera.
Czarodzieje i czarownice w pokoju
spojrzeli na niego z ciekawością. Reja przesunęła się niespokojnie w fotelu.
Czy wiedziała dzięki wizjom, co planował?
-
Znaczy? – Diana odparła ostrożnie.
-
Wiem, że Żongler nie jest prestiżowym
pismem. – Alesandres uśmiechnął się kącikami ust – Ale mam temat, dzięki
któremu Żongler pojawi się na ustach
każdego czarodzieja i czarownicy w tym kraju. Słyszałaś o Alesandresie Sr.
Sunroylu?
-
Oczywiście, że tak. Za kogo ty mnie uważasz, za niekompetentną dziennikarzynę?
– jego słowa musiały uderzyć w dumę Diany. – Jest jednym z najbardziej
szanowanych polityków. Jest sekretarzem naszego brytyjskiego Ministra Magii. –
Diana dodała, przechodząc na tryb wykładowczy.
-
Ales, zawsze przeczyłeś, że jesteś z nim spokrewniony… - wtrąciła Reja z jakąś
trudno odczytywalną emocją w głosie. Smutkiem, może?
-
Nie uważałem go za dziadka. Nieważne. Sęk w tym, że nim zaczął piąć się po
drabinie społecznej był żałosnym szambonurkiem.
Obecni w pokoju zachichotali.
-
Poważnie? – rzuciła Lukrecja. – Wielki Sekretarz Alesandres Sunroyl
szambonurkiem?
Teraz już otwarcie się śmiali.
-
Żadna praca nie hańbi. – wydyszał Harfang pomiędzy kolejnymi chichotami.
Zauważalnie próbował się opanować, choć z mizernym skutkiem. Uśmiech powinien
być sługą, idioto. – pomyślał Alesandres.
-
To mugolskie określenie. – powiedział na głos, zwężając ze złością oczy. –
Jesteś w kręgu czarodziejów czystej krwi. Jeśli nie chcesz zostać wyśmiany,
panuj nad sobą.
Nanna Lovegood wyglądał, jakby miał
zamiar temu zaprzeczyć, ale ostatecznie zacisnął usta i spojrzał gdzieś przed
siebie. Harfang zbladł ze złości i tylko coś wymruczał pod nosem.
Diana jako pierwsza się opanowała i
próbując wyglądać profesjonalnie, spytała:
-
Ten zawód był całkiem popularny wśród czarodziejów jeszcze w ubiegłym wieku,
kiedy nie było tak powszechnej kanalizacji. Lord Sunroyl jest starym
czarodziejem i młodość ma dawno za sobą. W każdym razie jakie masz dowody? Nie
mogę opublikować takiego artykułu bez solidnych podstaw.
-
Tej zimy przyjechał do dworu Matki. Zabrał ze sobą dwa stare skrzaty. Wygląda
na to, że są bardzo gadatliwe. – wyjaśnił ogólnikowo. Właściwie skrzaty nie
chciały się niczym podzielić z własnej woli. Musiał rzucić na nie Imperio. –
Jest tego więcej. – zakończył z uśmiechem na ustach.
Diana kiwnęła głową.
-
Być może miałbyś czas w weekend przed nowym semestrem?
-
Nie. – zaprzeczył, ostro. – Musisz opublikować artykuł przed półfinałami w
Quidditchu. Potrzebuję, by czarodzieje przeczytali go tuż przed balem u Lorda Marchosiasa
Malfoya.
-
Przecież do półfinałów są trzy dni! Oczekujesz ode mnie, że zdążę pozbierać
dowody, napisać artykuł i wydać MIESIĘCZNIK Żonglera
w tak krótkim czasie?! Chyba nie jesteś realistą.
-
Ostrożnie, panno Lovegood. – Alesandres niemal warknął. Nie podobał mu się ton
jasnowłosej czarownicy. Dodał już łagodniej – To ty jeszcze chwilę temu
stwierdziłaś, że nie jesteś jakąś tam dziennikarzyną. Małe wyzwanie powinno być
niczym dla ciebie, prawda? Pomyśl o korzyściach.
-
Dobrze. – zgodziła się Diana, choć niechętnie. – Spotkamy się jutro, w
Dziurawym Kotle. Wiesz, jak tam dotrzeć prawda? Oczywiście, że wiesz. Jeśli
możesz zabierz ze sobą skrzata. – niespodziewanie, Diana uśmiechnęła się,
wkręcając palce w długi, platynowy warkocz. – I to pozostawia nam tylko
pytanie, jaki TY masz w tym interes.
Alesandres uśmiechnął się mimo woli.
Diana Lovegood zdecydowanie była mądrą czarownicą.
-
Diana! – szybko zawołała Reja – To nie twoja sprawa…
-
Siostrzyczko… - odezwał się Nanna, patrząc, o dziwo na niego, i to ze smutkiem
w oczach.
-
Nie czuję się w obowiązku ci to tłumaczyć. – zaczął Alesandres patrząc jej
prosto w oczy. W jego głos wkradły się gorzkie dźwięki. Z pewnością nie miał
zamiaru rozdrapywać swoich ran, które tak niedawno zdołał zaleczyć. Jego żal do
Lorda Sunroyla był bardzo prywatną sprawą. Miał nadzieję, że za pięć lat, kiedy
bliźniaki miałyby dostać list do Durmstrangu nikt nie będzie śmiał się o nich
dopytywać. – Uznaj moją stawkę za informację, które ci przekazałem, za
odpowiedź.
Lovegoodowie nie dopytywali się już
więcej i wkrótce deportowali się wraz z Longbottomem i Lukrecją z błękitnego
dworu, zostawiając Alesandresa i Reję samych.
Słońce zachodziło i Alesandres
wiedział, że czas mu się kończy. Wkrótce Lord Sunroyl zacznie podejrzewać, że
za długo mu się schodzi i z pewnością wywoła reperkusje. Więc nie marnował
czasu i przycisnął czarownicę do siebie, łapiąc jej usta w agresywnym
pocałunku. Reja była taka miękka… Wsunął jej język do buzi i powoli badał
kształt wnętrza. Reja wydawała się na wpół odpływać, choć czuł, że odpowiada na
jego pocałunki. Wplątała mu dłoń we włosy, a drugą dłonią masowała jego napięte
plecy. Przygryzł jej wargę, aż poczuł krew i uśmiechnął się, gdy jęknęła mu w
usta. To był właśnie sposób w jaki obchodził się z czarownicami – mało
delikatny i łagodny.
-
Twoja sypialnia? – mruknął.
Kiwnęła głową. Miała spuchnięte wargi
i rumieniła się. Przycisnęła Alesandresa do swojej piersi i aportowała ich do
pokoju z jedwabnymi zasłonami. Alesandres zaśmiał się krótko, widząc tuzin
obrazów na ścianach. Reja zupełnie nie miała talentu. Położyli się na wielkim
łóżku z baldachimem.
-
Tak w ogóle, po co ich zaprosiłaś?
-
Co? – wymamrotała, przytomniejąc. – A, zwyczajnie dawno się z nimi nie
widziałam. Moja matka uczęszczała do Hogwartu, więc zna ich rodziców. Kiedy
jeszcze nie jeździła po świecie, często zabierała mnie na wiele bali u
arystokracji. Tak ich poznałam.
-
Zaskakujące, że zapraszasz ich do siebie, a o mnie jakoś zapomniałaś. –
wyszeptał jej wprost do ucha, na co zadrżała. Zaczęła się tłumaczyć na wpół
plącąc trzy po trzy, na co uśmiechnął się zadowolony. Skrucha, którą chciał.
-
Ciii, kochanie. – powiedział łagodnie, wędrując ręką po jej brzuchu, coraz
wyżej. – Masz już podręczniki na wiosenny semestr, prawda? Potrzebuję ich, nie
miałem czasu zajrzeć na Siny Skwer. Zostawię ci w zamian wystarczającą ilość
złota.
Zachichotała, gdy dowędrował do jej
piersi, ukrytej pod zwiewnym błękitem, wyszytym greckim meandrem. Wyciągnął
wskazujący palec i zaczął śledzić wzór.
-
Mam, Ales. Dla ciebie wszystko. W końcu mamy zostać zaręczeni i kochasz mnie,
prawda?
Alesandres uśmiechnął się, nie
potwierdzając, ani nie zaprzeczając. Oczywiście, że ją kochał… pośród wielu
innych. A ich zaręczyny były kiepskim żartem, który prawdopodobnie nigdy nie
dojdzie do skutku. Dziwnie byłoby mieć tylko jedną czarownicę.
Odpowiedziała uśmiechem, najwyraźniej
jej to wystarczyło. Przytuliła się do niego, wciskając głowę w zagłębienie jego
szyi. Sapnął niezadowolony, że unieruchomiła mu rękę.
-
Ales… - zaczęła i urwała. Podjęła po chwili znowu. – Twoje życie się wkrótce
bardzo zmieni. Stracisz wiele rzeczy i będziesz musiał znosić wielkie
cierpienie, ale i wiele zyskasz. Ten, który przynosi wielką rozpacz krzyżuje z
tobą drogi. Raz wybierzesz dobrze, będziesz się kąpał w wielkiej chwale. Raz
wybierzesz z poczucia obowiązku i spotka cię wielka kara. Raz wybierzesz z
nienawiści i to cię zgubi. On krzyżuje z tobą drogi.
Alesandres zesztywniał. Przez chwilę
leżeli w milczeniu. Reja łaskotała jego kark oddechem.
-
Przepraszam, ja… - wyszeptała i odsunęła się od niego.
-
To było proroctwo, tak? Jak to się stało, że nagle masz wizje o mnie?
-
Często mam wizje o tobie. – wypaplała, nim zdała sobie sprawę z tego, co mówi.
Zasłoniła usta ręką, jakby sam gest mógł cofnąć jej słowa. Przewrócił na to
oczami.
-
Nie obchodzi mnie to, czy podglądasz mnie w nocy. Jak mam rozumieć tę
przepowiednię?
Usiadła na turkusowej pościeli i
pochyliła głowę. Jej proste, jasne włosy opadały niemal na łóżko. Była bardzo
niską czarownicą.
-
Nie wiem. Moja Matka kiedy ma wizje, widzi zdarzenia, jakby była ich
uczestnikiem. Ja tak nie mam, mam słabszy dar. W pewnym momencie odpływam i
znajduję się w nicości, a słowa same spływają na moje usta. Nie wiem, jak je
interpretować. Nie wiem, co znaczy twoja zguba, chwała, ani kim jest ta osoba,
jaką spotkasz. Nawet nie wiem, czy to się już nie wydarzyło… - wyglądała, jakby
miała zaraz wybuchnąć płaczem.
-
Opanuj się. – jego głos był chłodny, być może za chłodny, ale nie mógł nic na
to poradzić. – Jestem odpowiedzialnym czarownikiem, który umie sobie poradzić w
życiu. Potrafię w razie potrzeby zniszczyć Sekretarza brytyjskiego, czy dwóch.
– uśmiechnął się z wyższością. Ani chwilę w siebie nie wątpił. – Jestem potężny
i bez wątpienia, teraz, gdy już znam te niebezpieczeństwa, będę umiał z nich
wybrnąć. Tym atakiem słabości tylko znieważasz swoją i tak marną reputację. Po
prostu przestań.
-
Dobrze. – Reja wzięła głęboki oddech i się uspokoiła. – Ale lepiej już idź.
Lord Sunroyl, pamiętaj.
Westchnął niezadowolony i wstał z
łóżka.
-
Mykonos. – Reja pstryknęła palcami i pojawił się przed nią skrzat. – Przynieś
moje nowe podręczniki Alesandresowi. Zaprowadź go do bramy i później przynieś
mi jakiś eliksir na migrenę. Mam przeczucie, że zaraz będę mieć straszną.
-DZIKIE
KWIATY-
Prorok
Codzienny
SEKRETARZ
ALESANDRES SUNROYL – SZAMBONURK?!
Z
zaufanych źródeł, naszym wiernym Czytelnikom donosimy tę szokującą wiadomość!
Kto z nas nie poczułby się urażony na myśl, że tak ważna osoba w Magicznej
Wielkiej Brytanii jak Lord Sunroyl swoje doświadczenie zbierała w zawodzie
szambonurka? Czy rzeczywiście odpowiednie jest, by Lord Sunroyl pełnił funkcję
Sekretarza, gdy nie jesteśmy pewni jego wykształcenia? Na te i inne pytania
odpowie nam nasza dziennikarka, Malay Nuts na str. 3.
-DZIKIE
KWIATY-
Biały
Czarnoksiężnik
-
Sir, napije się pan wina, mój panie, sir?
Alesandres spojrzał zza weneckiej
maski na wysokiego skrzata, który zaplątał mu się pod nogi. Normalnie kopnąłby
skrzata za samą śmiałość zaczepienia go, ale dziś był w wyśmienitym humorze –
dlatego zignorował stworzenie.
Przedzierał się przez tłum
wystrojonych czarnoksiężników i czarownic. Bal maskowy u Marchosiasa Malfoya
trwał w najlepsze. Sama sala balowa była ogromna – musiała być przynajmniej
wielkości Wielkiej Sali w Durmstrangu. Skrzaty domowe Malfoyów przystroiły ją
ostrokrzewami, zielenią i głęboką czerwienią – barwami Yuletud, święta
konkurencyjnego do mugolskich świąt bożego narodzenia. Nie zabrakło też muzyki
– obok szerokich schodów z białego marmuru grała orkiestra, dyrygowana przez
samego Wilhelma van Beethovena – potomka Ludwika.
Same towarzystwo (pojawiła się
najlepsza śmietanka towarzyska) było niebywale rozbawione. Po pierwsze za
sprawą wina, a po drugie – dzięki pewnemu szczególnemu artykułowi w Proroku Codziennym, obecnie trzymanym
przez co piątego gościa Malfoyów. Rzecz jasna pojawiły się głosy wykrzykujące
„plagiat!” i podobne słowa, ale kto by na nie zwracał uwagę? Zwłaszcza, że
pochodziły od niezbyt poważanych białych rodzin czarodziejów. Prorok Codzienny wcale nie zaskoczył
Alesandresa – wręcz przeciwnie, Alesandres liczył na to, że Prorok podchwyci temat od Żonglera. W ten sposób praktycznie całe
społeczeństwo Wielkiej Brytanii słyszało o wątpliwie szlachetnej przeszłości
Alesandresa Sr. Sunroyla.
Alesandres wreszcie zauważył Reję.
Stała obok Harfanga Longbottoma i Kalidorry Black z miną uprzejmą, aczkolwiek
Alesandres zbyt dobrze ją znał, by nie zauważyć ukrytej złości. Skrzywił się na
jej widok na krótką chwilę – wiedział, że powodem jej gniewu był on sam.
Zdecydowanie nie pozwoli jej frustracji zniszczyć jego chwil tryumfu,
postanowił. Zbyt długo na nie czekał.
Kallidora zauważyła go jako pierwsza.
Miała wyjść za Longbottoma, gdy tylko oboje osiągną siedemnaście lat. Nie
należała do najbystrzejszych czarownic; w Durmstrangu zaliczając kolejne
semestry raczej z czystego szczęścia niż z ciężkiej pracy. Longbottomowie
natomiast byli poplecznikami Czarnego Pana Grindelwalda i posiadali dość sporo
ziem pod Wichrowym Wzgórzem, na co liczyli Blackowie.
-
Uaaa, Alesandres? Nie spodziewałem się ciebie u takiego nudziarza jak Lord
Malfoy. – usłyszał znajomy głos i odruchowo uśmiechnął się. Przed nim, ubrany w
bordowy frak z godłem Krumów, stał nie kto inny jak jego stary znajomy, Borys,
z krótkim zarostem i czarnymi, użelowanymi włosami. – Z drugiej strony nie
spodziewałem się też takiego przedstawienia.
-
Borys. – Alesandres przywitał się mimo wszystko chłodno. – Radziłbym trzymać
język na wodzy, gdy wyrażasz się o Lordzie Malfoyu. Nie chciałbym się
dowiedzieć, że ostatni potomek Krumów zniknął w tajemniczych okolicznościach. –
Alesandres przerwał na chwilę i zwęził bursztynowe oczy – Słyszałem, że twoja siostra ma pójść do
Hogwartu, co jest tylko bezpodstawną plotką, tak?
Borys skrzyżował z nim spojrzenie, z
nieprzeniknioną miną.
-
Panikujesz jak zwykle. Nie obchodzi mnie ten dzieciak. Bardziej mnie interesuje
sprawa Lorda Sunroyla. Powiedz mi Alesandres, czy on jest z tobą spokrewniony?
Czytałeś dzisiejszego Proroka?
Wszyscy dookoła mówią tylko o tym!
Alesandres uśmiechnął się z
wyższością. O tak, dokładnie o to chodziło. Borys nie zważał na to, że nie
otrzymał odpowiedzi i dalej nawijał.
-
Mój ojciec twierdzi, że Lord Sunroyl na pewno nie będzie już pełnił stanowiska
Sekretarza Ministra Magii. W końcu, by być tak wysoko, trzeba mieć poważanie,
nie? Lord Sunroyl definitywnie je stracił. Nikt już nie będzie chciał słuchać
jego rad. – Borys odchrząknął.
-
To przykre. – wtrącił nagle Harfang Longbottom, pojawiając się znienacka. –
Ciekawe, czemu to nie wyszło przez tyle lat na jaw.
Alesandres powstrzymał ochotę
skrzywienia się na Longbottoma. Najwidoczniej odłączył się od Kallidory i Rei –
czarownice szeptały coś do siebie, przypatrując się im. Kątem oka zauważył, że
Krum przyglądał się ciekawie obcemu.
-
Twój znajomy, Alesandres?
-
Borys, to jest Harfang Longbottom z Hogwartu. Longbottom, poznaj Borysa Kruma.
– powiedział z niechęcią. W końcu to na nim leżała odpowiedzialność za
przedstawienie Longbottoma Krumowi.
Lonbottom wymamrotał coś ponuro pod
nosem, ale zagłuszyła go orkiestra. Borys uścisnął mu dłoń dość mocno, sądząc
po tym, jak Longbottom się skrzywił.
-
Cóż, Longbottom, wiem że Alesandres bywa dość kapryśny i aspołeczny, co sprawia
że zastanawiam się – przy jakiej okazji go poznałeś? – spytał Krum,
przypatrując się młodemu czarodziejowi uważnie. Alesandres prychnął w duchu.
Może i był aspołeczny, ale zdecydowanie nie kapryśny.
Longbottom, idiota, przestąpił z nogi
na nogę. – Spotkaliśmy się trzy dni temu, u Rei. Rei Trelawney. Jest moją
przyjaciółką. Znasz ją, Krum?
-
Oczywiście, że ją zna, kretynie. – warknął Alesandres, buzując ze złości.
Cholerny Longbottom musiał przyjść i zepsuć mu wieczór. – Jest w tym samym
Zakonie co my. Po coś tu przylazł, Longbottom? Z pewnością nie żyjesz tylko po
to, by mnie irytować?
Krum mądrze postanowił nie komentować
i tylko pochylił głowę. Longbottom poczerwieniał ze złości.
-
Och nie. To czysty zbieg okoliczności, że na ciebie wpadłem, Sunroyl. Chciałem
tylko przedyskutować pewien artykuł. Czytaliście? Och, wybacz Sunroyl, ciebie
nie powinienem pytać, w końcu to TY za nim stoisz. – wyrecytował głośno
Longbottom, szczerząc się od ucha do ucha.
Prawdopodobnie
przed podejściem do nas nauczył się tego na pamięć – pomyślał
kwaśno Alesandres.
-
O? – zdziwił się Borys, patrząc na niego z niedowierzaniem.
-
Nie wiem o czym mówisz. – żachnął się Alesandres. – Jesteś pewien, że nie
wypiłeś o jeden kieliszek za dużo, Logbottom?
-
Nie wywiniesz się z tego, Sunroyl! – krzyknął Longbottom, a kilka głów w
pobliżu zaczęło się przysłuchiwać im z zainteresowaniem, słysząc znajome
nazwisko.
-
Ciszej, Longbottom. – syknął niespokojnie Borys, rozglądając się. – Być może
dokończycie w in-
-
Nie, NIE będę cicho! Zasłużył na to! To ON, Alesandres Jr. Sunroyl dostarczył
tych informacji prasie! Słyszycie? Odwrócił się od WŁASNEJ rodziny!
-
Zamknij się. – syknął Alesandres, wyciągając przed siebie różdżkę. – Ostrzegam
cię…
-
Każdy czarodziej czystej krwi liczy się z tym, że Krew jest najważniejsza! Ty
szlamo!
To przeważyło szalę. Alesandres
machnął różdżką i rzucił Tnącą Klątwę.
-
Knivus tetro!
Longbottom nie spodziewał się takiej
reakcji i nie zdążył wyciągnąć własnej różdżki. Alesandres za to musiał
przyznać, że był zwinny, bo czarodziej odskoczył i przeturlał się pod stół.
-
Panowie, wystarczy! Ales, przestań! – usłyszał Reję, ale ją zignorował.
-
Wyłaź, tchórzu. – warknął. – Czy sam mam cię wyciągnąć? Bombarda!
-
Protego maximum. – dodał inny, stary głos. Przed nimi pojawił się Marchosias
Malfoy we własnej osobie. – Sądziłem, że twoi goście, młoda panno Trelawney, są
lepiej wychowani. Jak widać odniosłem błędne wrażenie. Panie i panowie, koniec
przedstawienia.
Tłum, który zdążył się wokół nich
zebrać, rozszedł się. Reja zwiesiła głowę, a Borys położył mu rękę na ramieniu.
Powoli się uspokoił.
-
Rozumiem, że to ty jesteś odpowiedzialny za to zamieszanie? – Lord Malfoy
zwrócił się do niego. – Wynoś się. Nie zniszczysz atmosfery; nawet jeśli
rzeczywiście jesteś odpowiedzialny za artykuł.
Alesandres uniósł wysoko brodę i
uśmiechnął się zadowolony.
-
I tak dostałem to, czego chciałem, Lordzie Malfoyu. Twój bal opuszczę w chwale,
a nie poniżeniu.
Lord Malfoy zwęził stalowoszare oczy i
po chwili kiwnął mu krótko głową i natychmiast się odwrócił, zostawiając go.
Reja przysunęła się do niego z grobową
miną.
-
Naprawdę musimy porozmawiać, Ales…
-
Nie teraz, Reja. – odparł i ruszył w kierunku drzwi wejściowych i strefy
teleportacyjnej. – Zostań z Borysem i baw się dobrze.
-
Gdzie pójdziesz? Nie powinieneś wracać do swojego Dworu, jeśli rzeczywiście ten
artykuł powstał dzięki tobie. – dodał Borys, drepcząc po jego prawej.
-
Muszę wrócić po mojego brata. Nie mogłem go zabrać wcześniej, bo oglądał
półfinały Quidditcha z Matką.
Czarnoksiężnicy i czarownice nie
zwracali na nich uwagi, gdy przeszli przez środek sali, prawdopodobnie już
dawno zapomnieli o sprzeczce. Orkiestra nieprzerwanie grała.
Przy wejściu stał srebrnowłosy mały
czarodziej i Alesandres ofuknął go, by nie tarasował wejścia, na co chłopiec
warknął coś o swoim ojcu. Alesandres postanowił go zapamiętać – wyglądało na
to, że tym dzieckiem był syn Marchosiasa Malfoya, Abraxas Malfoy.
Zostawił przyjaciół w strefie i
deportował się do własnej strefy. Drogę do Dworu Sunroylów, w którym paliły się
wszystkie światła pokonał dość szybkim krokiem, raczej z ekscytacji niż
zdenerwowania. Był potężnym czarnoksiężnikiem czystej krwi, w jego naturze nie
leżało zdenerwowanie, czy trema.
Nim wszedł do Dworu, rzucił na siebie
Zaklęcie Niewidzialności. Bezgłośnie otworzył wielkie wrota i przemknął przez
hal. Przystanął przy gabinecie zajmowanym przez Lorda Sunroyla, gdy usłyszał
przytłumione głosy. Przystawił ucho do drzwi.
-
JAK MOGŁEŚ, ALESANDRES! ZATAIŁEŚ PRZEDE MNĄ TAKĄ INFORMACJĘ? -…- UFAŁEM CI,
SŁUCHAŁEM TWOICH RAD PRZEZ TYLE LAT!!! -…- ZAWIODŁEŚ MOJE ZAUFANIE! JUTRO Z
SAMEGO RANKA CHCĘ TWOJE DOKUMENTY UKOŃCZENIA SZKOŁY NA MOIM BIURKU. ZROZUMIAŁEŚ?!
Alesandres uśmiechnął się. Wyjec. I to
od samego Ministra Magii Wielkiej Brytanii.
Było późno, więc liczył na to, że mały
Solem będzie we własnej sypialni, ale nie miał racji. Łóżko było puste.
Zmarszczył brwi. Dziwna sprawa, drzwi były zamknięte od środka, musiał rzucić
„Alohomora”, a jednak w środku nikogo nie było. Rozejrzał się dokładniej po
sypialni. Schylił się, i pod kredensem zauważył niewielkie tajemnicze
drzwiczki, których nie powinno tu być. Sekretne przejście. Były zbyt małe, by
mógł przez nie przejść, ale szyb prowadził w dół i zalatywał z nich zapach
cytrusów.
Oranżeria.
Podniósł się z kucek i odgarnął mokre
od potu pasemko włosów. Przeszedł cicho do oranżerii. Na mokrej ziemi, ubrany
tylko w koszulę nocną, siedział po ciemku Solem. Jego mały brat pochylał swoją
nieokiełzaną, rudą szopę się nad czymś.
Alesandres, wciąż pod zaklęciem
niewidzialności, podszedł bliżej. Na ziemi, pomiędzy kolanami Solema
spacerowały żuki. Niektóre z nich niosły ziemię, czy martwych kompanów, budując
wieżę. Wydawało się, że robią to w jakimś określonym porządku. Solem zawsze był
dziwnym dzieckiem, jako niemowlę nigdy nie płacząc, a później niespodziewanie
szybko ucząc się chodzić i mówić. Niespodziewanie, Solem uniósł lewą rękę i
ścisnął ją w powietrzu. Żuki wyleciały w powietrze wraz z wieżą. Przypadkowa
magia – uświadomił sobie Alesandres.
To był dobry moment, by anulować
zaklęcie niewidzialności.
Solem zerwał się na swoje krótkie nogi
i krzyknął krótko.
-
Cicho, nie mogą się dowiedzieć, że wróciłem. – syknął Alesandres, marszcząc
brwi. – Chodź, nie możemy tu zostać.
Solem spojrzał na jego wyciągniętą
rękę i otworzył buzię.
-
Cio? Ciemu? Dźadek jest źły, braće. Ośtatnio był tak źły pźeź ciebie, braće. Ćo
źrobiłeś?
Mądry chłopiec. – pomyślał Alesandres
z dumą. Wyglądało na to, że Solem był wielkim umysłem w ciele dziecka.
-
Nic, nie ważne. Jesteś jeszcze berbeciem. Teraz musimy iść. Rzucę na nas
zaklęcie niewidzialności, w porządku? Invisibito! Złap mnie mocno i nie
puszczaj.
Wziął chłopca na ręce, trzymając tylko
lewą ręką, zaś prawą ściskając różdżkę. Cicho skierował się do wyjścia z
oranżerii.
-
Jeśteś teraź źbiegiem? Pójcieś do Aśkabanu? – wyszeptał mu do ucha trzy latek.
-
Przymknij się, Solem. Próbuję stąd uciec. Przyjdzie czas na pytania.
Poprawił chłopca i wszedł po schodach
do głównego halu. Dzieliło go już tylko kilka metrów do drzwi.
-
Drętwota!
Urok trafił Alesandresa w plecy, nie
miał szans się obronić. Upadł ciężko na podłogę, przygniatając Solema.
Trzylatek wyturlał się spod niego i chwiejnie odsunął się. Na hipogryfy… Był
tak blisko drzwi… Alesandres leżał na brzuchu, więc jego pole widzenia było
ograniczone.
- Finite Invisibito. Och… Můj dědic… Finite
Incantatem.
Alesandres odetchnął z ulgą. To była
Matka, nie Lord Sunroyl. Podniósł się do siadu. Solem podszedł bliżej do niego.
-
Matko, zabierałem Solema na mały spacer. – powiedział pewnie, licząc na
szaleństwo matki. – Było mu niedobrze, nawet po eliksirze miętowym.
Sarabi Sunroyl zachichotała,
potrząsając bordowymi lokami.
-
Oczywiście, dědicu. Nie przeziębcie się. Właśnie rozmawiałam z Otcem. Otec
zaraz-
Z jadalni wyszedł Lord Sunroyl, z
groźnym spojrzeniem. Jego wzrok skierowany był ku Alesandresowi. Alesandres nie
zdążył usłyszeć nawet końca zdania, kiedy silna dłoń jego dziadka chwyciła go
za kołnierz i przycisnęła do ściany, powodując, że jego głowa mocno uderzyła o
ścianę. Matka wydała zduszony okrzyk. Spojrzał na Lorda Sunroyla szeroko się
uśmiechając. Kiedy jasne się stało, że Lord Sunroyl prawdopodobnie nie mógł się
zdecydować, której obelgi użyć najpierw, to Alesandres zaczął, głosem pełnym
pychy.
-
Podobał ci się mój artykuł? Dawno nie byłeś na łamach gazet. Możesz uznać to za
prezent powitalny, dziadku.
-
Nie sądziłem, że będziesz tak głupi, by tu wrócić – najwidoczniej się myliłem.
– wycedził czarownik, marszcząc na wpół siwe brwi. – Mam nadzieję, że
przygotowałeś się na solidną karę, chłopcze.
-DZIKIE KWIATY-
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz