AN Prawdopodobnie jeden z najlepszych Suspense!Rozdziałów, które napisałam. Wygląda jakby z "Harrym Potterem" nie miał nic wspólnego, ale ma. Dotrwajcie do końca, panie i panowie. Zawieszone, tak jak pozostałe.
IGNIS FATUUS
Z łaciny, ignis – ogień, fatuus
– głupiec, ignis fatuus – błędne ogniki
PROLOG
Był sierpień 1935 roku, jeden
z tych słonecznych dni, kiedy bez żadnego ostrzeżenia spada deszcz. Mały Andy
leżał na swoim wytartym tapczanie, pożerając ciastko, które godzinę wcześniej
ukradł z pokoju na drugim piętrze, gdzie urzędowała przełożona Hall. Pomiędzy
kolejnymi porcjami chichotał i prychał, nie mogąc się opanować. Nigdy wcześniej
tak dobrze się nie bawił.
Kiedy tylko Madame Hall i
Vicky wyjechały automobilem Doktora Fryderyka do miasta; Andy, Jones i Taylor
szybko włożyli do pieca na wpół wyrobione ciasto chlebowe i podsycili ogień.
Później zrzucili ubrudzone mąką fartuchy i pobiegli udając samoloty na leśną
polanę, gdzie mieli zwyczaj spotykać się wśród agentów Wojennego Bractwa. Było
ich pięciu – Andy Generał, Szybki Jones, Wiewiórka Taylor, Brudny Harry i Hughs
Tchórz. Tamtego ranka o zebranie poprosił Szybki Jones, chełpiąc się
znalezieniem „super-tejemniczego-obiektu”, który zwali każdego z nóg. Później
tego ranka Andy i reszta Bractwa bawiła się jak nigdy dotąd, zjeżdżając z
pagórka wysokiego na pięćdziesiąt stóp, wewnątrz opon od ciężarówek, ścigając
się i nabijając sobie jak najwięcej siniaków. W końcu, to Brudny Harry wygrał,
wybijając sobie górną jedynkę.
Nie był to koniec przygód na
dzisiaj. Wiewiórka Taylor, chłopak starszy od Andy’ego o dwa lata, który był
rudzielcem uwielbiającym wspinać się po drzewach, ogłosił kolejną ekscytującą
wyprawę. Kiedy poprzedniego dnia spacerował po lesie, pogonił go dzik i musiał
wspiąć się na sosnę. Nie do końca przyjemne drzewo do wspinaczki – ale kiedy
był już na samym czubku drzewa, zobaczył starą fabrykę, o której krążyło wiele
historii. Niektóre były tragiczne, jak ta o właścicielu, który zamordował tam
własną żonę, gdy ta go zdradziła; inne raczej zabawne – jak ta o pijanym
mnichu, który nieopatrznie upił się spirytusem, a nie mszalnym winem. Łączyło
je jedno – wszystkie sprowadzały się do tego, że w fabryce ktoś zginął.
Wiewiórka Taylor zaprosił
Bractwo na próbę odwagi tamtej nocy, proponując wspólną wycieczkę korytarzami
nawiedzonej fabryki, ale Andy zmienił te zasady, decydując się na puszczanie
każdego samego. Andy’emu nie spodobał się również fakt, by to Taylor miał
prowadzić grupę po fabryce, nawet jeśli chłopiec widział wnętrze fabryki przez
okna. Zwyczajnie nie podobała mu się myśl, by ktoś inny oprócz niego miał objąć
przywództwo. Ostatnią rzeczą, którą Andy zmienił było zaproszenie kogoś spoza
Bractwa, swojej siostry, Ruby Wilson. Na początku, jego Bractwo protestowało,
nie zgadzając się na obecność dziewczyny, ale w końcu umilkli jak cięci nożem,
gdy Andy przyłożył z pięści najgłośniej protestującemu Jonesowi.
Ruby, jego siostra, była
drobną dziewczynką, która dzieliła z nim bordowe loki i blade, niebieskie oczy.
Była mądra, ułożona i nigdy nie mówiła mu „nie”. Jeśli na świecie była
jakakolwiek osoba, o którą troszczył się bardziej niż o siebie, była nią Ruby
Wilson. Nie mieli ojca ani matki, nie mieli siostry ani brata, który otoczyłby
ich opiekuńczym ramieniem; tylko siostrę przełożoną sierocińca i jej głupią
pomocnicę. Andy znany był z wielu szczeniackich psot, za którymi stała jego
banda, ale nigdy w swoje numery nie angażował Ruby, szanując jej wzorową
opinię. To był pierwszy raz, kiedy zabierał ją ze sobą na wyprawę.
Andy podniósł się do siadu,
oblizując językiem ostatnie okruszki. Rzadkością było, by jego Bractwo
spotykało się bez niego, ale dzisiejsza noc była wyjątkowa i z pewnością rozmawiali
o nawiedzonej fabryce i szykowali jakąś niespodziankę. Andy miał nadzieję, że
niezbyt straszną, tym bardziej, że ostrzegł ich by nie przesadzili – zwłaszcza,
że będzie z nimi Ruby.
Ruby siedziała z „Baśniami”
braci Grimm na swoim łóżeczku, rzucając co chwila mu karcące spojrzenie, gdy
cmoknął zbyt głośno. Wyszczerzył się do niej w szerokim uśmiechu i wstał,
szepcząc – Już czas, siostrzyczko.
Ruby przewróciła oczami i
odłożyła książkę, a następnie włożyli pod kołdrę ubite poduszki, jak wcześniej
ustalili i zgasili światło. Madame Hall, kiedy wejdzie do pokoju pomyśli, że
zasnęli wcześniej, zmęczeni codzienną pracą w sierocińcu. Potem Andy otworzył
dwuskrzydłowe, drewniane okno i podsadził Ruby, a następnie sam wdrapał się na
parapet i zeskoczył, a następnie pomógł zejść jej.
Na dworze panowała chłodna,
rześka noc.
- Andy, mam złe przeczucie co
do tej fabryki. – szepnęła Ruby, idąc za nim. – Nie możemy straszyć się innej
nocy?
- Nie bardzo – odparł. –
Powiedziałem ci, że mogą ją zburzyć w każdej chwili. To nasza jedyna szansa na
trochę dobrej rozrywki.
Andy wychylił się do tyłu i
złapał Ruby za jej zimną dłoń, chcąc w ten sposób ją pocieszyć. Uśmiechnęła się
do niego nieco nieszczerze, ale nie winił jej za to. Już od jakiegoś czasu
chciał, by Ruby należała do Wojennego Bractwa i oczywiście mógł nakazać
pozostałym członkom przyjęcie Ruby z otwartymi ramionami, ale nie mógł im kazać
traktowania jej na równi z nimi za jego plecami. Wiedział, że za każdym razem
gdy nie patrzyłby, reszta rzucałaby jej niechętne spojrzenia.
- W porządku. – powiedziała po
chwili wahania, ściskając mocniej jego małą dłoń – Ale jeśli twoi koledzy
przyszykują jakiś żałosny żart, to przysięgam na Boga, że nie wybaczę ci nigdy.
Andy zaśmiał się. W końcu co
się mogło stać? Fabryka się zawali? Wątpliwe, stoi tam od pięćdziesięciu lat;
naprawdę prawdopodobieństwo, by miała się zawalić akurat tej nocy było bardzo
niskie. Naprawdę w niej straszy? Och, Andy mógł się założyć o własną, ukrytą w
dolnej szufladzie biurka czekoladę, że duchów nie ma. W końcu, nie istnieje nic
takiego jak magia.
Kiedy dotarli na leśną
polanę, pozostali chłopcy już byli i bez słowa ruszyli za Wiewiórką Taylorem w
stronę starej fabryki. Nie był to długi spacer, około piętnastu minut. Fabryka
była dwupoziomowa, pomalowana białą, obłażącą wielkimi płatami farbą, z
powybijanymi oknami i zabitymi deskami drzwiami. Wielki napis nad drzwiami
głosił: „Fabryka Benjamina Buttona”.
Szybki Jones zagwizdał i
zawołał w zachwycie – Jest ogromna! Czy ktokolwiek wie, co w niej produkowano?
- Doktor Fryderyk raz
wspomniał o niej. Powiedział, że robili tu guziki. – pisnął nieśmiało Hughes
Tchórz.
Andy pokiwał głową i
zakomenderował z uśmiechem: - Będziemy wchodzić co pół godziny, niezależnie od
tego, czy poprzedni odkrywca już wrócił. Ciągniemy słomki.
Taylor wyciągnął z doszytej,
błękitnej kieszeni swoich spodni przygotowane wcześniej patyki i ukrył w
dłoniach ich kolorowe końcówki. Pierwszy ciągnął Andy, później jego siostra i
reszta.
- O stary! – zaśmiał się
Szybki Jones – Tchórz idzie pierwszy.
Hughes patrzył na swoją białą
słomkę z mieszaną niedowierzania i paniki. Rzucił jedno błagalne spojrzenie
nieugiętym braciom i wybuchł płaczem.
- Nie- chcę-ę- nie
zmusiiiicięęę mnieeee- - zajęczał.
Ruby była pierwszą osobą,
która zjawiła się u jego boku, obejmując go i wycierając własną, samodzielnie
wyszywaną chusteczką jego nos i oczy. Andy nie protestował, jedynie rzucił
krzywe spojrzenie Brudnemu Harry’emu, gdy ten zaczął głupio się śmiać.
- Pójdę z tobą, Jack, spójrz,
wylosowałam numer drugi. Nie bój się. Andy’emu to nie przeszkadza, prawda? –
powiedziała odważnie, patrząc twardo na Andy’ego. Andy skrzywił się, ale pod
jej spojrzeniem zawsze topił się jak śnieg na wiosnę i był w stanie tylko
kiwnąć głową. Ruby na chwilę zostawiła Hughesa i pociągnęła Andy’ego na bok.
- Andy, czyś ty oszalał?! Ta
fabryka jest przeogromna, co masz zamiar zrobić, gdy jedno z nas zgubi się i
nie będzie wstanie znaleźć drogi z powrotem? Pomyślałeś o tym? Masz osiem lat,
nie osiemnaście, ty idioto! – szepnęła rozwścieczona.
- Och proszę cię, Ruby. –
przewrócił oczami. – Nie jesteśmy tu sami. Milę stąd jest sierociniec, a w nim
starsi koledzy, pani Hall i cała masa ludzi, którzy będą umieli nas uratować,
gdy zajdzie taka potrzeba. Kiedy w końcu wydoroślejesz?
Ruby szarpnęła go za przód
podartej niegdyś białej koszuli, cała chodząc ze złości.
- Kiedy TY w końcu
wydoroślejesz?! Przestań liczyć na innych, bracie. – syknęła, mrużąc ze złości
oczy. – Pewnego słodkiego dnia bardzo się na swojej dziecinnej naiwności
przejedziesz i stracisz coś, czego nie odzyskasz już nigdy. Może wtedy nauczysz
się samodzielności. Żyjemy w niebezpiecznym stuleciu, bracie. Jedna wojna za
nami, następna wisi w powietrzu. Nie możesz sobie pozwolić na głupotę i
lenistwo. Zacznij myśleć, albo zginiesz.
Andy gapił się na nią z szeroko
otwartymi oczami. Oczywiście, był tak samo wściekły jak ona, ale wściekłość
przytłoczyło zdumienie, że jego potulna i zaczytana siostra była zdolna do
takiego wybuchu. Ruby puściła go i rzucając mu ostatnie ostre spojrzenie
puściła jego koszulę i odwróciła się do reszty z pogodnym uśmiechem na ustach i
bez słowa weszła pod rękę z Hughesem do fabryki, przechodząc pod jedną z desek,
które onegdaj wzmacniały stojące tu kiedyś drzwi. Ostatni uśmiech Ruby sprawił,
że Andy stał jeszcze przez chwilę zamrożony, gapiąc się w las. Czy jego
posłuszna i głupiutka siostra była zwykłą grą aktorską? Ruby, którą znał była
niczym innym, jak złudzeniem? Otrząsnął się po chwili i wrócił do reszty
chłopaków, ignorując zaczepki i kwaśne żarty o romantycznych schadzkach. Andy
szybko stracił poczucie czasu i nim się obejrzał minęło pół godziny, a potem
kolejne i został na polanie z Wiewiórką Jonesem i Brudnym Harrym.
- Wreszcie moja kolej, idę. –
powiedział ziewając z leniwym uśmiechem, w końcu północ minęła już jakiś czas temu.
– Życzcie mi szczęścia, żołnierze.
Jones i Harry zasalutowali i
Andy przeszedł nad tą samą deską, co godzinę wcześniej jego siostra. Wiedział,
że po powrocie do sierocińca czeka ich dłuższa rozmowa i bardzo liczył na to,
że połazi po fabryce wystarczająco długo, by wymyślić jak przekonać ją, by była
z nim szczera i przestała się wymądrzać o wojnach i nie wiadomo co jeszcze. W
końcu, nie była starsza od niego.
Fabryka wyglądała wewnątrz
nie lepiej niż na zewnątrz. Nie była do końca pusta, w kolejnych
pomieszczeniach walały się meble, głównie krzesła, biurka; gdzieniegdzie, pod
oknami, gdzie było choć trochę ziemi wprosiła się trawa i mech; na suficie swe
nici plotły pająki. Andy przemierzał kolejne pokoje z malejącym entuzjazmem i
coraz bardziej się zasępiając. Liczył na dobrą zabawę, ale Ruby nie bawiły
nawiedzone fabryki. Nie brał jej nigdzie, gdzie mogła się zranić, ani ucierpieć
w inny sposób; więc zabawa w duchy wydała mu się idealną pozycją na rozbawienie
jego siostry. Nigdy nie wyobrażał sobie, że się sobie rzucą do gardła.
Z krzykiem na ustach potknął
się o coś leżącego na podłodze i wyrżnął żuchwą o wilgotną podłogę, tak że
zadzwoniły mu wszystkie zęby. Został tak jeszcze przez chwilę i przekręcił się
na plecy, a następnie podniósł by zobaczyć o co się potknął. Tam, przy jego
stopach leżał szczur równie tłusty co martwy. Mały chłopiec podniósł do nosa
rękaw, dopiero teraz czując okropny fetor.
- Obrzydlistwo. – skwitował.
Wstał i ruszył w dalszą
drogę, wdrapując się po wąskich, trzeszczących schodach, pocierając
posiniaczoną buzię i ścierając ukradkiem łzę, która złośliwie postanowiła
opuścić jego oko.
- Głupi szczur, głupia noc,
głupia Ruby. Kiedy już zostanę premierem Wielkiej Brytanii zdecydowanie zakażę
dziewczynkom denerwować ich starszych braci. Zdecydowanie. – szeptał do siebie,
nieświadomie próbując dodać sobie odwagi.
Wszedł na ostatni schodek i
zorientował się, że znalazł się na najwyższym piętrze, w zupełnie innym pokoju
niż poprzednio mijane. Rozejrzał się ciekawie. Ten pokój był posprzątany,
schludny, ze szczelnym oknem i nawet czerwonym dywanem na podłodze. Na środku
stało wielkie łóżko z czystą pościelą, a obok niego małe biurko – jak dla
dziecka. Andy podszedł do biurka i otworzył jeden z zeszytów; na ostatnim
wpisie. Poświecił na niego latarką. Miał osiem lat, ale potrafił już płynnie
czytać, dzięki pomocy Ruby. Tym razem był jej za to bardzo wdzięczny.
- Na- Nazywam się… Andy. –
przerwał na chwilę, patrząc na zeszyt z rozbawieniem. Czytał dalej. – Mam osiem
lat. Dzisiaj zginę. – Zawahał się. Wokół niego panowała przerażająca cisza,
żadna sowa nie hukała. Prawdopodobnie nie hukały i dziesięć minut temu, ale to
teraz zaczął zwracać na ciszę uwagę. Niepewnie, czytał dalej. – Mój tata jest
martwy. Był katolikiem, jak ja jestem. Słyszę ich na dole. – Andy czuł jak jego
własne serce bije przeraźliwie. Przez dosłownie chwilę wydawało mu się, że na
dole ktoś hałasuje. „To wiatr”, zapewnił się. – Myślę, że złapali moją siostrę.
Podobno dziewczynki palą na stosie… Andy, odwróć się.
Rozległ się przeraźliwy
krzyk. Andy upuścił zeszyt, rozpoznając jego źródło.
- Ruby! – wrzasnął nie
rozpoznając swojego głosu. Był tak przerażony, bał się, bał się…
Wyskoczył z dziwnego pokoju i
zbiegł na dół po schodach, nieomal z nich spadając.
- Ruby! – wrzasnął raz
jeszcze. Był tak przestraszony, ż nawet nie zatrzymał się, mijając jednego z
chłopców, prawdopodobnie Brudnego Harry’ego.
- Ru- Dzięki Bogu, tu jesteś.
– odetchnął z wyraźną ulgą, widząc swoją siostrę, patrzącą za okno – Czemu
krzyczałaś? Ruby?
- Bracie!
Andy odwrócił się zaskoczony.
Jego siostra stała w drzwiach.
- Co? Ruby, przecież przed
chwilą byłaś- pod oknem… - dokończył cichnąc. Pod oknem nie było nikogo.
Ruby złapała go za rękę.
Trzęsła się, a z jej oczu płynęły łzy. Wyglądała zupełnie różnie od Ruby
stawiającej mu dzielnie czoło, co przypomniało mu jak bardzo bezbronna jest.
Andy przytulił ją, sam mając ochotę zacząć płakać. Ale teraz nie było na to
czasu. Jego siostra miała rację, nie ma czasu na lenistwo, ani na łzy.
- Ruby, Ruby proszę, skup
się. Gdzie jest Jack Hughes? Gdzie jest mój przyjaciel? – wychrypiał, mocniej
przyciskając ją do siebie.
- Na wie-eży – wychlipała. –
Nie chcę tam wracać. Proszę, nie!
- Ruby, muszę wrócić po
Hughesa, chodź ze mną, proszę, nie wiem gdzie to jest… - kłamał, dobrze
wiedział gdzie jest wieża.
Chlipnęła parę raz głośniej,
po czym podniosła małą piątkę i wytarła nią oczy. Skinęła głową.
- No dobrze. – pisnęła.
Powoli pokonali drogę
dzielącą ich od starej wieży i wolno wdrapali się na schody. Weszli do innego
pokoju, gdzie pod oszklonymi drzwiami balkonowymi stał stary fortepian. Ruby
puściła jego dłoń i została przy drzwiach, a Andy podszedł do czarnego
fortepianu, przykrytego białą połą.
- Hughes? – zawołał. –
Hughes, jesteś tu, żołnierzu?
Odrzucił biały materiał i
otworzył fortepian i na próbę uderzył w jeden klawisz. Nie było dźwięku.
- ZA TOBĄ! – wrzasnęła Ruby i
w tym momencie w pokoju zapaliły się wszystkie świeczki, oświetlając chynotliwym
płomieniem każdy zakurzony kąt, każdy portret dawno już zmarłych dyrektorów
fabryki. Andy odskoczył od fortepianu, gdy ze ściany wyszła najpierw
przejrzysta dłoń, a potem reszta ciała. Otworzył usta i wrzasnął.
Przeźroczysty staruszek uśmiechnął
się bezzębnym uśmiechem, ukłonił się i z pewną dozą elegancji ogłosił:
- Szanowni państwo, Jezioro Łabędzie, motyw Odetty.
Zaczął grać. Andy patrzył na
niego z rosnącym przerażeniem, połykając własne łzy. Potknął się i upadł na
tyłek na podłogę. Obok jego ręki tańczyły cienie.
- Nie mogę ich otworzyć! Andy,
nie możemy wyjść! – krzyknęła Ruby, szarpiąc za klamkę.
Andy płakał. Mógł już zostać
w tym głupim sierocińcu, mógł posłuchać się Ruby i odwołać ekspedycje, mógł
zrobić tak wiele rzeczy… Był skończonym idiotą.
- Nienawidzę cię, nienawidzę!
Wynoś się! – krzyknął, nie do końca świadom tego, co mówi.
- Nasz pan…
Drzwi otworzyły się, muzyka
ucichła, świeczki zgasły. Andy siedział w bezruchu tylko ułamek sekundy, mniej
niż uderzenie jego rozszalałego serca, po czym rzucił się do ucieczki, po
drodze łapiąc Ruby za rękę i zbiegając po schodach. Jak strzała przemknęli
przez pusty hol i dobiegli do czekających tam Hughesa, Jonesa i Taylora.
- Chłopaki, tak się cieszę,
że was widzę. – zawołał Andy z czystą radością. Teraz, kiedy był już ze swoimi
przyjaciółmi czuł się bezpieczniej. W końcu, gdy byli razem łatwiej byłoby im
się nawzajem bronić. Obok niego Ruby uśmiechnęła się lekko, ściskając jego
dłoń. – Chłopaki, tam na górze jest jakiś dom wariatów. Myślę, że widziałem,
widziałem… Chłopaki, czemu się nie odzywacie? Gdzie Brudny Harry?
Zapadła cisza. Potem Ruby
otworzyła usta gotowa coś powiedzieć i zamknęła je. A potem bycze dłonie
Brudnego Harry’ego trafiły gdzieś między nich i Andy w ostatniej chwili zdążył
chwycić się kolumny, uśmiechając z ulgą, że nie spadł. I wtedy rozległ się
dziewczęcy bardzo krótki krzyk, po którym nastąpił dźwięk, jakby coś ciężkiego
spadło i cisza.
Andy nie odważył się spojrzeć
w bok, kurczowo ściskając żelazną, delikatnie zdobioną, błękitnawą kolumnę. Co
w środku fabryki robiła taka piękna kolumna? Czy to secesja?
- Kretynie, trafiłeś w
dziewczynę! Imbecyl! – warknął Szybki Jones, wcale nie przestraszonym głosem.
Andy puścił kolumnę i na
czworaka doszedł do drewnianych schodów prowadzących na parter, pośrodku
których ziała wielka wyrwa. Nachylił się nad nią i pisnął, cichuteńko:
- Siostrzyczko?
Inne dłonie pchnęły i jego. Krzyknął,
lądując na czymś twardym, a jego nogi głośno trzasnęły dotykając podłogi,
eksplodując przeszywającym bólem.
Spojrzał do góry na
nachylające się nad otworem cztery głowy.
- Dlaczego? – spytał głosem,
który wydawał się pusty.
- Bo nie chcemy być twoimi
żołnierzami, idioto! – zawołał Taylor Wiewiórka.
- Ta, mamy nowego przywódcę,
Jonesa! Byłeś nudny, nie chciałeś kraść z nami ze sklepu. Myślisz, że jesteś
honorowy? Hę?!
- Możesz powąchać mój siki,
szczynonurku! – zapiszczał Hughes, a po chwili na plecy Andy’ego zleciał jego
ciepły mocz. Reszta śmiała się do rozpuku.
- Brawo Hughes, znajdę ci za
to czekoladę. Myślę nawet, że Wilson odda ci tę, którą trzyma w dolnej
szufladzie. Prawda, Wilson? – usłyszał pewny głos Szybkiego Jonesa.
- Te, Wilson. Zostawiamy cię
tu i tę twoją dziewczynę. Może wrócimy rano, może nie. Lepiej, żebyś zaczął się
modlić! Słyszysz nas? – krzyczał jego były przyjaciel Taylor Wiewiórka. –
Zacznij teraz, bo nigdy nie wrócimy i zjedzą cię szczury!
Andy uważał się za głuchego.
Nie słyszał, nie widział, nie czuł. A już zdecydowanie nie czuł żadnego bólu w
puchnących nogach. Czołgał się w stronę swojej siostry, znajdując najpierw jej
stopę, aż wreszcie, jak po sznurku odnajdując jej twarz. Delikatnie nią
potrząsnął.
Nie czuł też spadających na
niego kamieni.
- Taylor, darujmy sobie.
Niedługo będzie świtać. Wracajmy, ok.?
- Chodźmy drużyno. Od dziś
nazywamy się Rycerzami Brytanii, Którzy Pokonali Wroga Wilsona!
- Nie za długo? Nie lep… -mi…
tani- …?
Andy był pusty. Nie czuł bólu
połamanych kończyn, nie czuł ciepła krwi. Był sam, tylko on i Ruby, Ruby, która
oddychała wolno i charkliwie, Ruby, która spała, Ruby która patrzyła na niego wściekłym
wzrokiem i krzyczała „Może wtedy nauczysz się… Może wtedy nauczysz się… Może
wtedy…”.
- Ruby, słodka siostrzyczko…
już się nauczyłem, już rozumiem lekcję…chciałaś mnie ostrzec, nauczyć tego, co
sama odkryłaś przede mną… proszę, niech ten koszmar się skończy… no dalej,
wstań, wracajmy do domu…proszę, proszę, nie-
„Nie wybaczę ci nigdy”
- Przepraszam! Przepraszam!
Nie chciałem! Błagam, wybacz mi! BŁA-A-AGAM!!!
„Nie możesz sobie pozwolić na
głupotę i lenistwo.”
- Nieeeeeee! Przyrzekam!!!
„Zacznij myśleć, albo
zginiesz.”
- NIEEEE!
*
Następnego dnia, kiedy Andy
się obudził, na malinowych ustach Ruby tańczyła mucha, a pokryte krwią
bladoniebieskie oczy z sinymi powiekami, z wiecznym przerażeniem patrzyły
w dal.
Na jej brązowej sukience widniał napis: Co ty na to, przyjacielu?
Ruby nie oddychała.
*
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz