wtorek, 19 listopada 2013

IGNIS FATUUS III

AN Ostatnia część, jaką mam. Jak pozostałe - zawieszone.

ROZDZIAŁ 2

Nie próbuj

Andy i Doktor Fryderyk zajechali przed dworzec King’s Cross na pół godziny przed jedenastą. Doktor pomógł mu znieść ciężki kufer i zataszczył go nawet na wózek towarowy, który sam pociągnął aż na perony. Andy nawet nie starał się rozgryźć jego dziwnej uprzejmości. Kiedy zatrzymali się pomiędzy peronem dziewiątym i dziesiątym, Andy naprawdę się ucieszył, że zdecydował się przebrać w szaty czarodzieja dopiero w pociągu, bo dookoła spieszyło się wielu mugoli.

- Więc, Andy, i gdzie jest teraz twój magiczny pociąg? – spytał Doktor, unosząc elegancką brew. Andy mógł przyrzec, że skurczybyk od początku nie uwierzył w szkołę magii.

Oczywiście, miał rację. Zatrzymali się pomiędzy stacjami numer 9 i 10, a pomiędzy nimi nie było ani widu, ani słychu stacji numer 9 i ¾. Andy rozejrzał się dookoła w poszukiwaniu kogokolwiek, kto mógłby też być uczniem Hogwartu, ale nie znalazł. Dumbledore nie uprzedził go w jaki sposób powinien znaleźć właściwy peron.

- Przepraszam, - usłyszał jak Fryderyk zagaduje konduktora. – Mój podopieczny szuka pociągu odjeżdżającego o 11 do Hogwartu… Śmieszna sprawa, ale twierdzi, że pociąg odjeżdża z peronu 9 i ¾… Rzuciłby pan trochę światła na tę sprawę?

- Hogwart? – burknął wąsaty konduktor – Nigdy o takim mieście nie słyszałem. Peron 9 i ¾? Niech pan nie marnuje mojego czasu.

- Widzisz? – zwrócił się do niego Doktor, unosząc brwi. Andy zacisnął usta, czując jak z jego twarzy odpływa wszelka krew. – Mówiłem ci, jesteś chory, Andy. Nie istnieje ktoś taki jak profesor Dumbledore, szkoła dla czarodziejów, czy peron 9 i ¾ . To wszystko jest wytworem twojej wyobraźni, Andy. Mogę ci pomóc, musisz tylko pozwolić mi na to. Chodź Andy, - powiedział, zawracając wózek. – Wracajmy do automobilu. Skończymy rozmowę później. – skwitował poważnie, łapiąc go za rękę.

Andy pozwolił poprowadzić się kilka kroków, dając porwać się sytuacji. Ale nigdy nie przestał obserwować stacji. Dlatego, kiedy zobaczył dziwacznie ubraną rodzinę, prowadzącą wózek załadowany ciężkimi kuframi i sową, dyskretnie się uśmiechnął. Nie jestem szalony; jedynym, który po dzisiejszym dniu oszaleje, będziesz ty, doktorku – pomyślał, obserwując jak czarownica wbiega w ścianę, pomiędzy peronami 9 i 10.

Doktor Fryderyk puścił jego rękę, kiedy stanęli przed drzwiami i przepchnął wózek z kufrem przez bramkę, kiedy strażnik ją otworzył. Andy zamknął oczy, rozpaczliwie próbując znaleźć swój magiczny rdzeń, i czując jak pot spływa mu po czole, złapał na niewidzialną wędkę cylinder Doktora i zrzucił go z jego głowy, sprawiając, że mężczyzna aż podskoczył, jakby dostał obuchem. Odwrócił się plecami do Andy’ego, by podziękować strażnikowi, gdy ten podał mu kapelusz i w tym momencie Andy złapał za ucho skrzyni i mocno pociągnął, przesuwając ją pod barierkami.

- Hej! – zawołał Doktor, błyskawicznie się odwracając i próbując go złapać, lecz nie mogąc dosięgnąć. Andy umknął mu z figlarnym uśmiechem na ustach, kręcąc paluszkiem. – Szlag by to, otwórz tę bramkę! – zawołał do staruszka, stojącego z otwartymi ustami. – Ten chłopiec jest nieprzewidywalny, musimy go zatrzymać!

- Nie d-da rady, prze pana, b-b-b-bramka kręci się w tylko j-jedną stronę! – zachrypiał strażnik.

- Wyślę ci pocztówkę, doktorku! – zawołał Andy, głośno się śmiejąc i ciągnąc kufer po kamiennej posadzce dworca King’s Cross. Chwilę przed tym, jak wbiegł w magiczną ścianę, odwrócił się i pomachał Doktorowi.

Po drugiej stronie czekał lśniący, czerwony Hogwart Express, a wszędzie dookoła spieszyli się czarodzieje. Andy gapił się w zachwycie.

- Gdybym był tobą, odsunąłbym się na bok, jeśli nie marzyłbym o całowaniu podłogi. – usłyszał czyjś nieco kpiący głos. Obok niego na kufrze siedział starszy chłopak, z burzą rozwianych ciemnych włosów i w okularach. Andy odsunął się, przyglądając mu się ciekawie.

- Dzięki. – odpowiedział, przyglądając się chłopakowi z równie wielką ciekawością, co on. – Jestem Andy Wilson, mój pierwszy rok. – przedstawił się, wyciągając do niego rękę i poważniejąc. Dumbledore powiedział, że nie wszyscy czarodzieje czystej krwi są jak Malfoyowie, i podczas gdy ten chłopak nosił drogie szaty czarodziejów, nie patrzył na jego zwykłą koszulę z obrzydzeniem.

- Mugolak, co? – westchnął, poprawiając przydługą grzywkę. – Wygląda na to, że przeznaczeniem Hogwartu jest bycie zalanym przez waszą rasę. Mi to jednak nie przeszkadza. – w końcu się uśmiechnął, potrząsając jego dłonią – Jestem Charlus Potter, dzieciaku.

- Czekasz na kogoś? Wyglądasz jakbyś czekał. – Andy zauważył, rozglądając się, ale był za duży tłum, by mógł kogokolwiek wyłowić.

- Jesteśmy spostrzegawczy, co? – Charlus zaśmiał się. – Czekam na moją kuzynkę, Doreę Black. Jeślibyś ją zobaczył, zrozumiałbyś o czym mówię. – Charlus mrugnął do niego, wiercąc się na kufrze, i przybierając rozmarzony wyraz twarzy. Andy osobiście poczuł się nieco chory na myśl o tym, co Charlus miał na myśli. – Nie wiedziałeś? – Charlus musiał mieć z niego dobry ubaw. – Wszyscy czarodzieje czystej krwi są ze sobą spokrewnieni. I pewnego dnia Dorea i ja, kiedy już będziemy sami-

- Coś mówiłeś, drogi kuzynie? – spytał głos. – Zastanawiałam się, czy planujesz nie zaszczycić swoją obecnością Hogwartu w tym roku, i z własnej woli oddać mi Puchar Domów? – Andy musiał przyznać, że Dorea Black nie była najpiękniejszą dziewczyną, jaką widział. Był jednak wciąż nowy w świecie czarodziejów i być może czarodzieje mają inne gusta. Zdecydowanie musiał przeczytać Kulturę Czarodziejów ostatniego wieku.

Charlus wstał, podszedł do rozzłoszczonej czarownicy i szybko zaczął szeptać coś do ucha, po wysłuchaniu czego, ta się wybitnie zaczerwieniła, a Charlus zaczął się śmiać. Była jedenasta za pięć, i Andy postanowił, że lepiej ich zostawi. Jeszcze raz pomachał Charlusowi i zaciągnął kufer do drzwi, pospiesznie dziękując chłopakowi, który mu pomógł. Wewnątrz, wszedł do pierwszego, lepszego pustego przedziału, gdzie siedziała tylko jedna osoba. Było całkiem ciężko znaleźć w miarę pusty przedział, i Andy zdecydował, że naprawdę nie ma już nerwów, by przepraszać i wycofywać się z kolejnego przedziału, słysząc „Przepraszam, ale czekamy na znajomych z klasy”. Niektórzy z nich nie byli nawet na tyle uprzejmi, i zwyczajnie warczeli „wynocha”. Andy stwierdził, że na pewno byli tym rodzajem czarodziejów czystej krwi, których Dumbledore polecił mu unikać.

Jakkolwiek chłopiec, z którym siedział teraz w przedziale, ubrany był w mugolski strój, Andy dodałby, że raczej nie najwyższej jakości, choć z pewnością czysty i elegancko wyprasowany. Czarna, sztywna grzywka opadała mu na jedno ciemnoniebieskie oko. Był kompletnie pochłonięty przez książkę, której – Andy wykręcił głowę o 90o – prosty tytuł głosił „Tradycje i zwyczaje 1”, i Andy nawet nie był pewien, czy był to czarodziejski, czy mugolski podręcznik. Całkiem zabawne było to, że chłopiec zupełnie nie zauważył go, tego jak wtaszczył swój kufer pod siedzenie i tego, że od kilku minut mu się przygląda.

- Któregoś dnia ominie cię własna śmierć. – Andy przerwał ciszę, nie mogąc ukryć goryczy w głosie, przyglądając się z ciekawością chłopcu. Był w jego wieku.

Nastolatek wydawał się przez krótką chwilę zaskoczony, a potem złość wykrzywiła jego przystojne rysy. W przyszłości na pewno będzie przystojny – pomyślał Andy zazdrośnie, w umyśle wyobrażając sobie własne dziwaczne bordowe loki i zimne oczy – albo tak mi się przynajmniej wydaje.

Obcy zmierzył go zimnym spojrzeniem i syknął – syknął! – tak szybko, że Andy przez chwilę zaskoczony, nie mógł rozróżnić słów od syczenia.

- Nie zaprosiłem cię do środka!

- Czekasz na przyjaciół? – Andy spytał niewinnie, broniąc irytacji dostępu do głosu.

- Owszem. – drugi odpowiedział, uśmiechając się, jakby wygrał, siadając bardziej elegancko. Było w nim coś podobnego do czarodziejów czystej krwi. – Andy przyznał. – W tym jak z ledwo widocznym obrzydzeniem ogląda moje ubrania, sam nosząc podobne. Mały hipokryta.

Andy uśmiechnął się figlarnie.

- Guzik prawda, bracie. Jesteś mugolakiem tak samo jak ja i nie znasz tu nikogo. Nie ważne jakiego argumentu użyjesz, nie wynoszę się stąd, łapiesz? Pociąg już ruszył i wpadłbym w tarapaty, gdybym teraz-

- Nie obchodzi mnie to. – przerwał mu chłopiec, jego przystojna twarz gotowała się ze złości. – Wynoś się.

Ton, którego użył był bardzo podobny do tonu czarodziejów czystej krwi, Andy zauważył, mrużąc oczy.

- Wielka szkoda, ponieważ twoje zdanie nie obchodzi mnie również. – syknął, przybierając maskę Andy’ego Generała. Jego rysy złagodniały, gdy zobaczył, jak drugi chłopiec szykował się do mentalnego odparcia ataku. – Zawrzyjmy umowę. – powiedział szybko. – Nie będziemy ze sobą rozmawiać, ja będę czytał swoją książkę, a ty swoją. Kiedy ktoś tu wejdzie, możemy zwyczajnie powiedzieć, że czekamy na przyjaciół, a dwójce szybciej uwierzą, niż jednej osobie. I sowie. – dodał szybko, słysząc niezadowolone huknięcie od strony parapetu – Przemyśl to. Mogę być raczej cichym towarzyszem, jeśli sobie tego życzysz.

Chłopiec wydawał się rozważać to przez chwilę, jego twarz nie zdradzała już tego, co myśli. Zupełnie, jakby uczył się dopiero panować nad emocjami. Musiał dojść do wniosku, że cichy towarzysz jest lepszy, niż ciągłe wyganianie z przedziału nie mających się gdzie podziać uczniów, bo z powrotem otworzył swój podręcznik. Andy zauważył, że jego różdżka leżała obok niego, i że chłopiec bezwiednie gładził ją palcami.

- Życzę? Tak, to jest właśnie to, czego sobie życzę. – powiedział bardziej do siebie, z dziwnym uśmiechem, patrząc gdzieś nad ramieniem Andy’ego. Przestał się uśmiechać i spojrzał na niego ostro. – Lepiej nie waż się mi przeszkadzać. Mogę sprawić ci ból. Ostrzegam cię.

Andy nie był przyzwyczajony do gróźb, ale postanowił odpuścić, usilnie skupiając się na swoim postanowieniu, by być tylko Andy’m. Dlatego tylko skinął chłopcu głową, i wyjął z kufra swoją książkę, Baśnie braci Grimm, próbując nią przytłoczyć wijącą się w jego brzuchu złość, i uśmiechając się ukradkiem, kiedy usłyszał niezadowolone tsknięcie językiem, kiedy czarnowłosy chłopiec z pewnością przeczytał tytuł jego książki. Zapowiadała się długa podróż.

Ostatecznie, kiedy wysiadał, Andy nawet nie znał jego imienia.

*

- Bones, Hanna!

- HUFFLEPUFF!

- Beleny, Cedric!

Andy nerwowo wyłamywał sobie palce, czekając na wywołanie własnego imienia. Strofował się w myślach, próbując się uspokoić, przypominając sobie, że będzie miał w nocy koszmary. Wcześniej, płynąc w chybotliwej łódce, usłyszał strzęp rozmowy pomiędzy pozostałymi pasażerami. Komentowali poszczególne domy Hogwartu, Gryffindor, dom zdrajców krwi, Hufflepuff, dom wielu szlam, Ravenclaw, dom mądrali i jedyny słuszny dom, Slytherin. Slytherin składał się głównie z młodych czarodziejów czystej krwi i Andy czuł się bardzo zaniepokojony znalezieniem się w nim. Zmuszony byłby do ciągłych utarczek z arystokratami, ciągłego oglądania własnych pleców, ciągłego bycia przygotowanym. Tego nie chciał. Pragnął łatwego szkolnego życia, martwienia się jedynie egzaminami, masy książek do towarzystwa. Mógłby nawet spróbować zaprzyjaźnić się z jedną osobą, ewentualnie dwiema, do jasnej cholery! Zasmakował już władzy, miał jej po dziurki w nosie. Chciał być tylko Andy’m.

Oderwał się od myśli, widząc jak przez czterostołową salę przechodzi jego towarzysz z przedziału, siadając przy stole Slytherinu. Ślizgoni nie byli zadowoleni. Jakoś, nie mógł wykrzesać z siebie odrobiny współczucia dla niego. Właściwie, po jakim imieniu go wywołali? Tadeusz? Tom? To było coś na T, zdecydował. Może Tony?

- Wilson, Andy!

Prawie zakrztusił się własnym językiem, i z dużym wysiłkiem udało mu się opanować drżenie rąk, kiedy zwrócił się w kierunku stołka z tiarą i cholernego, uśmiechającego się do niego zachęcająco Dumbledore’a. Do diabła!

Jakoś udało mu się nie zrobić z siebie pośmiewiska na oczach całej szkoły i usiadł, a czarna tiara zasłoniła mu widok, czemu był całkiem wdzięczny. Przez chwilę mógł pomyśleć, że jest sam.

No proszę, usłyszał, urodzony przywódca! Nie jesteś zły w te klocki, co? Widzę twoje wspomnienia chłopcze, i nie mogę powiedzieć, że pochwalam twoje metody…Minister Magii? – tiara, uzmysłowił sobie Andy, zachichotała – masz całkiem spore ambicje! To oczywiste, że należysz do-

- Czekaj! – zawołał cicho Andy, zaciskając z całej siły oczy, nawet jeśli i tak nic nie widział. – Proszę, NIE Slytherin. Gdziekolwiek, byle nie tam.

Hm, jesteś pewien? Mógłbyś być wielki… Mógłbyś prześcignąć ich wszystkich…Wielbiliby cię, kochali…

- Wolę być kochany przez zwykłych ludzi, niż przez cwaniaków, tylko szukających okazji do wbicia mi noża w plecy. – Andy odparł gorzko.

A, rozumiem. To twoje wielkie postanowienie. Teraz już widzę, o co chodzi. W takim razie-

- RAVENCLAW! – tiara krzyknęła przez jego gardło, a Andy poczuł jak jego nerwy wreszcie się rozluźniają. Z radością oddał tiarę przypatrującemu mu się z nieodgadnioną miną Dumbledore’owi i praktycznie w podskokach dotarł do stołu Krukonów, obserwując, jak jego krawat zmienia kolor na błękitnobrązowy. Usiadł przy stole Krukonów obok innych pierwszoroczniaków. Jedna z dziewcząt, blondynka z dwoma warkoczykami, obróciła się w jego kierunku, uśmiechając.

- Cześć. – zagadnęła. – jestem Hestia Carrow. – przysunęła się bliżej do zaskoczonego Andy’ego i złapała go za rękę. – Też wspierasz Czarnego Pana? Moja siostra, Flora mówi, że wszyscy tu go wspierają. – szepnęła mu do ucha, dotykając jego policzka ustami. Andy wzdrygnął się i wyrwał rękę z jej uścisku.

- Kim jest Czarny Pan? – spytał unosząc brwi, odsuwając się od niej. Oczy Hestii komicznie się rozszerzyły, i Andy poczuł na sobie wzrok paru innych osób. Rzucił im niewinne spojrzenie.

- Jesteś… szlamą! – szepnęła Hestia, odsuwając się od niego, wycierając rękę, którą go złapała o obrus, patrząc na niego z takim obrzydzeniem, że Andy’ego aż zmroziło. Nagle, cały jego dobry humor wyparował. Jakże był naiwny, znowu, sądząc, że każdy inny dom niż Slytherin okaże się ostoją przyjaźni.

- Nazywasz się Carrow, prawda? – spytał starszy chłopak, siedzący parę dyskutujących osób dalej. – Jestem również „szlamą”, jak to pięknie określiłaś, i na dodatek twoim prefektem. Tutaj, w Ravenclawie nie ma podziału na status krwi, i mądrze zrobisz, zapamiętując me słowa. Czy chcesz nam powiedzieć, że tiara się omyliła?

Hestia patrzyła na niego szeroko otwartymi oczami, i kręciła głową.

- Dobrze. – z zadowoleniem odparł chłopak, tym razem zwracając się do wszystkich – Jestem Jeremy Day, pierwszoroczni i to do mnie możecie zwracać się ze wszystkimi troskami. Mam nadzieję, że uda mi się je szybko rozwiązać. W końcu, społeczeństwo czarodziejów powinno pomagać sobie, szczególnie w tak mrocznych czasach jak te. – Jeremy zmrużył oczy, lustrując ciche towarzystwo. –Wszystkim czarodziejom ze starożytnych rodów przypominam, że Hogwart jest jasnomagiczną szkołą. Żadne pokazy czarnej magii i wyznawanie wyższości rasowej nie będzie tolerowane. – jego rysy złagodniały trochę. – Teraz, posłuchajcie naszego dyrektora, zaraz będzie mówił.

Andy słuchał tego z szeroko otwartymi oczami. Jasna magia, czarna magia; więc istniał taki podział? Od czego zależał? Skoro Hogwart był jasnomagiczną szkołą, to istniały i czarnomagiczne? Dumbledore wspominał, że Ministerstwo Magii karało czarodziejów, którzy występowali przeciwko wspólnym prawom. Czy używanie czarnej magii też było występkiem? Jeśli tak, to co z innymi czarnomagicznymi szkołami? Andy wiedział, że musiały znajdywać się za granicą, ponieważ Dumbledore kiedyś wspomniał, że Hogwart był jedyną magiczną szkołą w Wielkiej Brytanii. Skoro one nauczały czarnej magii, która w Wielkiej Brytanii była, według jego teorii, zakazana, czy nie znaczyło to, że magiczna Wielka Brytania pozostawała w konflikcie z tymi innymi, dozwalającymi czarną magię, krajami czarodziejów?

- Witajcie… Witajcie ponownie w Hogwarcie. - rozległ się chrapliwy głos, i Andy rzucił krótkie spojrzenie łysemu, uśmiechającemu się do uczniów, czarodziejowi stojącemu na platformie, za którą stał stół, za którym siedziało grono nauczycielskie.

Andy zastanawiał się dalej, marszcząc brwi. Ta dziewczyna, siedząca obok niego wspomniała o Czarnym Panu… Czarnym, w znaczeniu czarnej magii? Czy w takim razie mógł być czarownikiem walczącym z jasnomagiczną Wielką Brytanią? – Andy zawahał się. – Dziewczyna spytała się, czy Andy go popiera. Więc w magicznej Wielkiej Brytanii też znajdowali się jego poplecznicy, co by znaczyło, że i tu toczyła się wojna.

Andy wiedział, że w mugolskim świecie gotowało się i wiele krajów szykowało się na wojnę, po tym jak Niemcy przyłączyły do siebie Austrię. Pamiętał także, jak pewnego dnia do sierocińca przybył mężczyzna, przynosząc im zabawny czerwony plakat z napisem „Zachowaj spokój i rób swoje.” Andy wiedział, że jakoś szykująca się wojna w mugolskim świecie i konflikt pomiędzy czarnoksiężnikami i jasnymi czarodziejami musiały być powiązane.

Andy spojrzał w stronę cicho dyskutującego stołu Slytherinu. Założyłby się o własną różdżkę, że wiele z nich wspierało tego całego Czarnego Pana.

Ale Andy szybko przerwał ciąg myśli, ponieważ nie zamierzał odnaleźć siebie w tym konflikcie, i był tylko Andy’m, jasnomagicznym czarodziejem.

Powrócił do mowy dyrektora, akurat gdy sala zaczęła klaskać.

- I opiekun domu Hufflepuff, Cutberth Binns. – kontynuował otyły czarodziej, Armando Dippet, jeśli dobrze Andy pamiętał. Staruszek, któremu trzęsły się ręce wstał (z pomocą siedzących obok dwóch innych profesorów) i lekko ukłonił się. Rozległy się kolejne oklaski i nawet Andy klaskał, w podziwie dla jego wieku. Naprawdę, staruszek wygląda, jakby był już jedną nogą w grobie. Ciekawi mnie, czego uczy – pomyślał Andy. Odwrócił głowę w stronę Slytherinu, słysząc jak głośno buczą.

- I wreszcie, opiekun domu Ravenclaw, Galatea Merrythought.

Andy zaklaskał tym energiczniej, widząc kompetentnie wyglądającą czarownicę. Mimo tego, że była ubrana surowo, miał nadzieję, że dla swojego domu będzie wyrozumiała.

- Hej, - usłyszał niepewny głos Hestii, i odwrócił się do niej, unosząc brwi. – Widzisz, kiedy się do ciebie odezwałam, niesłusznie posądziłam, że jesteś czystej krwi, jak ja. – powiedziała, zadzierając lekko nosa. Andy jednak uniósł jeden kącik ust, wyczuwając w jej obrażonym tonie próbę usprawiedliwienia. – Moja rodzina ma pewne tradycje, widzisz, i nie mogę się przyjaźnić ze szlamą. Już się do ciebie nie odezwę, obiecuję. Mam nadzieję, że nie będziesz żywił do mnie urazy. – skończyła, prostując się na ławie. Wyglądało na to, że nie oczekiwała od niego żadnej odpowiedzi i dobrze, bo Andy powstrzymywał śmiech. Co to miało być? Próba przeprosin? Groźba? Dziewczęce fochy? Andy zaśmiał się w rękaw.

- Wznieście ze mną toast! – zawołał Armando Dippet i Andy posłusznie uniósł swój kubek, w którym magicznie pojawił się napój pachnący dyniami. – Za nowy rok! Za nowych uczniów! – dyrektor przechylił zawartość swojego kubka i Andy poszedł za jego przykładem. Sok dyniowy. – Niech zacznie się uczta, moi drodzy uczniowie!


*

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz