ROZDZIAŁ 1
Nie ufaj
Profesor Albus Dumbledore,
ubrany w dopasowany turkusowy garnitur w żołędzie z pogodnym (wbrew pogodzie)
wyrazem twarzy złożył parasol i zapukał do jedynego zamieszkałego gospodarstwa
w promieniu kilku mil. Był raczej zmęczony, choć nie pozwolił zmęczeniu pokazać
się na swojej twarzy. Powoli zapadał zmierzch i sierociniec św. Mateusza był
ostatnim domem, jaki musiał odwiedzić przed początkiem nowego roku w Hogwarcie.
Drzwi zostały otworzone przez
małego chłopca, który nie mógł mieć nawet pięciu lat.
- Tak? Pan do Andy’ego? –
spytał mały chłopiec głosem tak cichym, że profesor Dumbledore nie był pewien,
czy dobrze usłyszał.
- Dobry wieczór, młody
człowieku. – zaczął wesoło, uśmiechając się do malca. – Jestem umówiony na
spotkanie z panią Hall, która jak mniemam, się wami dzielnie opiekuje?
- Pani Hall zmarła na czarną
ospę w zeszłym roku. Zaraziła się od mojego brata. – odparł chłopiec patrząc
Dumbledorowi odważnie prosto w oczy, ale uchylając drzwi. Wewnątrz wszystkie
meble były wyjątkowo ubogie, niektórym brakowało szuflady lub rączki, choć
wszystko było bez wątpienia bardzo czyste. – Ale Andy mówi, że- bururururururu
–ruru, lurururu. –Ru!-
- Ała, ugryzłeś mnie głupku!
– pisnęła dziewczyna za nim.
Dumbledore przestał śledzić
niewątpliwie ciekawą akcje, gdy w zasięgu jego półokrągłych oprawek znalazła
się kobieta, wyglądająca na dorosłą. Oczywiście, imię Andy brzmiało znajomo i
profesor Dumbledore niewątpliwie z niecierpliwością wyczekiwał poznania tak
interesującego młodego człowieka.
- Pan jest profesorem
Dumbledorem? Dostałam pana list. Proszę mi wybaczyć, kompletnie zapomniałam, że
to dziś pan przyjdzie. – zanuciła kobieta, wyciągając do niego rękę. Potrząsnął
jej dłonią.
- Nic się nie stało.
Oczywiście, mogę wrócić, gdy dzień będzie bardziej pani odpowiadał. To czysta
przyjemność panią poznać, pani - Hall? – Albus spróbował, nie tracąc entuzjazmu
nawet gdy kobieta spojrzała na niego rozbieganym wzrokiem, początkowo nie mogąc
znaleźć jego twarzy.
- Och, Madame Hall niestety
odeszła zeszłej jesieni. Jestem Vicky, proszę mi mówić mi Vicky. – zaśmiała
się, puszczając jego rękę i zakrywając usta dłonią z poobgryzanymi do krwi
paznokciami.
- Moje wyrazy współczucia, Vicky,
to na pewno była dla ciebie ciężka strata. – Albus zaczął zmartwionym głosem,
śledząc jej rękę. Mugolka widocznie dość ciężko przeżywała stratę
współopiekunki sierocińca.
- Och, wcale nie. –
zachichotała Vicky i Albus tylko uniósł brew. – Proszę wejść, Albusie - mogę ci
tak mówić?
- Nie mam nic przeciwko,
Vicky. To tylko przyjemność, gdy taki stary człowiek jak ja spotyka taką młodą
kobietę jak ty. – zażartował Albus, prawie widząc w głowie obraz swoich błyskających,
niebieskich oczu.
Vicky zachichotała jak mała
dziewczynka i usiadła za biurkiem starej Hall, zaś Dumbledore usiadł na kulawym
krześle, które głośno zaprotestowało.
- Ufam, że pamięta pani, że
chłopcem, o którym mówiłem w liście był Andy Wilson? – zaczął Dumbledore,
wygodnie sadowiąc się na wyjątkowo niewygodnym krześle.
- Och, pamiętam! – zawołała
Vicky głosem pełnym nadziei, co jeszcze bardziej zaciekawiło Dumbledore’a. Był
ciekawy, czy Vicky cieszyła się na wieść, iż jej podopiecznym zainteresowała
się zagraniczna szkoła, czy też dlatego, że będzie mogła się go pozbyć.
- Andy posiada specjalne
zdolności, które bardzo cenimy w Hogwarcie. Ale za nim porozmawiam z rzeczonym
chłopcem, Vicky, czy mogłabyś mi o nim opowiedzieć?
Twarz Vicky momentalnie się
ściągnęła, a uśmiech zniknął z jej wysuszonej słońcem twarzy.
- Opowiedzieć? – pisnęła. –
Tu nie ma czego opowiadać. Andy jest normalnym chłopcem o normalnej historii..
Jak inni chłopcy uczy się w szkole, czyta, z rzadka grywa w piłkę. Jest…
zwyczajny
- Jest pani pewna, że to
wszystko? – naciskał Dumbledore. – Czy wokół Andy’ego nie zdarzały się żadne
dziwne przypadki?
Vicky pokręciła głową.
- Może jego szafa któregoś
ranka zaczęła tańczyć, albo jego włosy po obcięciu nagle miały taką samą
długość jak przed obcięciem? Nie, na pewno? Jeśli jednak jest coś, o czym
chciałaby mi pani powiedzieć o Andy’m, proszę mówić. Nic nie zmieni faktu, że
Andy ma u nas miejsce. – Albus wyjaśnił łagodnie.
Kobieta zawahała się, a
później spojrzała na niego podejrzliwie.
- Właściwie, jest coś- ale
jest pan pewien, że Andy wyjedzie stąd za kilka dni?
- Jeśli tylko zgodzi się
zostać naszym uczniem. – zapewnił z powagą Dumbledore.
- Był pewien przypadek… Andy
raz wybrał się ze swoimi czterema przyjaciółmi i z nią,… do starej fabryki
guzików, ale w międzyczasie pokłócił się z nimi, i zamknęli go tam na kilka
dni, nikomu nie wspominając o tej ich zabawie ani słowa… Madame Hall i ja nie
wiedziałyśmy co robić, aż w końcu ten mały, nazywali go Hughes Tchórz, zaczął
ryczeć i nie mógł przestać przez cały dzień. Krzyczał, że zabili go… I w końcu
wygadali się, że go tam zostawili, choć byli tacy pewni, że sam znajdzie drogę
z powrotem. Madame Hall i Doktor Fryderyk wzięli psy i poszli po niego. Znaleźli
go w komórce pod schodami, w tej fabryce. Chłopcy mieli racje, bez problemu
wyszedłby, gdyby tylko miał sprawne nogi, a upadł na tyle niefortunnie, że
połamał obie. Paskudne złamanie, jeśli chce pan wiedzieć. Kości obu nóg
przebiły mu skórę w co najmniej trzech miejscach. Byliśmy pewni, że Andy nie
będzie już nigdy chodził, ale Doktorowi udało się poskładać go w całość. Leżał
w łóżku przez cały rok. A potem…
Kobieta na chwilę przerwała,
pochylając się nad starym biurkiem, kurcząc się w sobie, patrząc już nie na
Dumbledore’a, a gdzieś poza niego.
- A potem, ci chłopcy, to znaczy
najpierw jeden, ale to nie ma znaczenia, bo reszta się zaraziła, najbliższej
zimy zachorowali na jakąś paskudne zapalenie płuc. Pochowaliśmy ich w tylnym
ogrodzie, tuż za domem. Dziwne, prawda? Oczywiście nigdy nie twierdziłam, by Andy
miał z tym coś wspólnego, ale sam pan rozumie… Tak strasznie go skrzywdzili-
Dumbledore już się nie
uśmiechał, a z powagą patrzył na mugolską opiekunkę.
- Rzeczywiście, dziwne.
Dziękuję, że mi pani o tym opowiedziała. Teraz, chciałbym porozmawiać z
chłopcem, na pewno uda nam się porozumieć.
- Och, tak! Andy jest
naprawdę grzeczny i taki zaczytany. Jest najlepszy w klasie. Na pewno ucieszy
się, że szkoła się nim zainteresowała, bo prawdę mówiąc, jeszcze mu nie
powiedziałam. – zachichotała.
Vicky poprowadziła go wąskim korytarzem
do drzwi na pierwszym piętrze, do których zapukali, ale nie było odpowiedzi.
Dumbledore cierpliwie czekał, aż Vicky z rozbrajającą bezradnością oznajmiła,
że „nie ma go”. Odwrócił się, unosząc z ciekawością brwi, gdy poczuł jak jakaś
mała rączka ciągnie go za połę turkusowej marynarki.
- Proszę pana, Andy chyba
jest nad jeziorem. Ale nie powinien mu pan teraz przeszkadzać, lepiej niech pan
poczeka, aż Andy sam wróci. – powiedział chłopiec na oko w wieku Andy’ego. –
Wyszedł godzinę temu, na pewno wróci w każdej chwili.
Dumbledore podziękował i
zawrócił z Vicky do holu wejściowego, gdzie z wdzięcznością schrupał dyniowe
ciastko, z ich własnej uprawy dyni. Zdążył poczęstować się i drugim, dość późno
po zapadnięciu zmroku, gdy drzwi wejściowe otworzyły się i do holu wkroczył
wysoki chłopiec, który spokojnie mógłby uchodzić za dwunastolatka. Dumbledore’a
uważnie mu się przypatrywał, jego bladoniebieskim iskrzącym oczom i bordowym
lokom. Zdecydowanie roztaczał wokół siebie atmosferę przywódcy. Dumbledore
wstał, gdy do chłopca podbiegła mała dziewczynka i szepnęła mu coś na ucho. Podszedł
do chłopca.
- Dobry wieczór, Andy. Jak
spacer? – zagadnął Dumbledore, wyciągając do niego rękę. Nie było to jednak
właściwe słowa, jak szybko się okazało, kiedy chłopiec spiął się i zmierzył go
dość chłodnym spojrzeniem.
- Całkiem zimno. Powinienem
był wziąć szalik. – chłopiec odparł, a po chwili wahania ścisnął dłoń
Dumbledore’a.
- Jestem profesor Dumbledore.
Chłopiec tylko uniósł na to
rozbawiony kącik ust. – Profesor – powtórzył, lekko kpiąco. – Cóż profesorze,
czy nie wolałby pan porozmawiać w moim pokoju? Jest raczej skromny, ale cichszy
niż hol. – powiedział z dużym opanowaniem jak na swój wiek i Dumbledore musiał
przyznać, że podziwiał go za to.
- A, dziękuję. – odparł
Dumbledore i pozwolił się zaprowadzić małemu chłopcu do pokoju na pierwszym
piętrze, który, jak powiedział sam chłopiec był raczej skromny, co wcale nie
przeszkadzało mu w byciu przytulnym. Dumbledore z wdzięcznością usiadł na
krześle naprzeciwko tapczanu, który wybrał chłopiec. Andy spojrzał na niego
spokojnie, czekając aż pierwszy to on się odezwie.
- Andy, jak już ci
powiedziałem, jestem profesorem i uczę za granicą, w szkole, która jest tobą
zainteresowana – Dumbledore zaczął spokojnie, z rosnącym zaintrygowaniem
obserwując twarz chłopca. Andy skrzywił się, choć nie wyglądał na zaskoczonego.
Dumbledore’a uderzyła przelotna myśl, że chłopcu prawdopodobnie ktoś już
proponował zmianę szkoły.
- Profesorze, nie potrzebuję
nowej szkoły, ani też nowego ośrodka, z którego pan dość oczywiście przyjechał
na prośbę Doktora Fryderyka. Nie jestem chory, ani nie potrzebuję pomocy
psychiatry, ani przede wszystkim nie pojadę do żadnego wariatkowa. – chłopiec wygłosił
z kwaśną miną.
- Nie, nie – odrzekł z uśmiechem
Dumbledore. – Nie dałeś mi dokończyć. Uczę w szkole, która nazywa się Hogwart,
i będzie i twoją nową szkołą, jeśli tylko zgodzisz się do niej pójść. Hogwart
zrzesza uczniów o wyjątkowych zdolnościach.
Na chwilę zapadła cisza i
Dumbledore z zaciekawieniem obserwował jak wiele emocji przechodzi przez twarz
chłopca. Najpierw było rozczarowanie, później irytacja, aż wreszcie skupienie,
poprzedzone namysłem. Chłopiec nie miał nic do stracenia prócz czasu, równie
dobrze mógł posłuchać.
- Proszę opowiedzieć mi o
niej, profesorze. – powiedział, nie do końca przekonany.
- Myślę, że szybciej
zrozumiesz o czym mówię, jeśli to ty mi opowiesz o tym, co potrafisz. – odrzekł
spokojnie Dumbledore. Andy przez chwilę patrzył na niego z niedowierzaniem, po
czym zaśmiał się skromnie i odrzekł:
- Co ja potrafię zrobić? To
co przeciętny jedenastolatek w moim wieku; płynnie czytać, liczyć do stu,
zabandażować stłuczone podczas gry kolano. Jestem zwykły.
- Miałem na myśli nieco inne
sprawy. Sprawy, które w Hogwarcie nazywamy „magią”. – wyjaśnił cierpliwie
Dumbledore.
Andy zamarł, a z jego ust
spłynął uśmiech. Wyglądał jakby nad czymś intensywnie myślał, jakby jego
dotychczasowy światopogląd wywracał się do góry nogami. - Ma pan na myśli… że
pan też może- może uprawiać magię? – kiedy Dumbledore potwierdził, Andy dodał –
Pokaże mi pan?
Dumbledore bez wahania wyciągnął
z wewnętrznej kieszeni swojej turkusowej marynarki różdżkę i wycelował nią w
tapczan, na którym siedział chłopiec i machnął.
Tapczan zaczął podskakiwać jak
ujeżdżany koń, a Andy najpierw przestraszony objął go obiema rękami, a później
zaczął się śmiać i śmiać.
- Och, mogłem się domyślić,
że nie wyciągnie pan królika z tej małej kieszonki. – płakał ze śmiechu. –
Nawiasem mówiąc ładny garnitur, profesorze. – mrugnął do niego, szeroko się
uśmiechając, aż wreszcie tapczan znieruchomiał. Usiadł prosto, starając
wyglądać się na wyższego. – Mogę robić różne rzeczy. Przenosić rzeczy, wcale
ich nie dotykając, być niewidzialny kiedy nie chcę by mnie znaleźli; i wróble
Hilla, Hill nie zrobił dziurek w denku słoika, i podusiły się, a ja sprawiłem,
że znowu mogły latać… Czy czarodzieje też to potrafią?
- Nie, nie zawsze. – odparł
Dumbledore po chwili wahania. – ale to się zdarza.
- Profesorze, potrzebuję
książek prawda? Książek z zaklęciami, nowego ubrania i tej różdżki, co ją pan
ma. Gdzie to mogę dostać? – Andy wykrzyknął, tknięty nagłą myślą. Patrzył na
Dumbledore’a z taką nadzieją, że Albus nie mógł zachować pochmurnej miny i
musiał się uśmiechnąć.
- Jak rozumiem zgadzasz się
zostać uczniem Hogwartu… - Dumbledore uniósł brwi.
- Oczywiście!
- Na ulicy Pokątnej. Mam tu
listę książek i innych szkolnych przyborów. Mogę ci pomóc znaleźć wszystko,
czego potrzebujesz. – zaproponował Dumbledore.
- Zamierza pan pójść ze mną? Świetnie!
Bardzo mi się przyda pana pomoc. Jak wiele pieniędzy potrzebuję? Właściwie,
jakich pieniędzy potrzebuję? Wspominał pan, profesorze, że to zagraniczna
szkoła, prawda…? Właściwie, nie powiedział pan gdzie ona jest. Czy to jedyna
taka magiczna placówka na świecie? – Andy skończył coraz wolniej, a w jego
jasne oczy wkradło się podejrzenie.
Dumbledore pokręcił głową,
łagodnie się uśmiechając.
- Nie, nie. Są jednakże i
zagraniczne szkoły Magii, jak francuski Beauxbatons. Hogwart jest jedyną taką
szkołą w Wielkiej Brytanii, mieści się w Szkocji. Jest za to Ministerstwo Magii
…tak, jest takie ministerstwo… karze tych, którzy łamią czarodziejskie prawo.
Wszyscy nowi czarodzieje muszą pogodzić się z tym, że wkraczając do naszego
świata, podlegają naszemu prawu. W Hogwarcie mamy fundusz dla tych, którzy nie
mają naszych pieniędzy, a ty nie masz ich, jak rozumiem, bo twoi rodzice nie
byli czarodziejami. To nie dużo, pewnie część książek będziesz musiał kupić
używanych, ale wystarczy. Andy, czy zatem mogę wrócić tu jutro rano i zabrać
cię do Londynu?
- Londynu? – odparł chłopiec,
uśmiechając się – Nigdy nie widziałem Londynu. Tam jest Pokątna?
- Tak, aby się na nią dostać
trzeba przejść przez bar, który widzą tylko czarodzieje. – odparł Dumbledore
lekkim tonem, podnosząc się z krzesła. – Do widzenia, Andy. Do zobaczenia
jutro.
Dumbledore uścisnął rękę
Andy’emu i stali tak przez chwilę, wiekowy czarodziej i nowy czarodziej, ten
drugi wyglądający, jakby miał ochotę zadać jeszcze jedno pytanie, a ten pierwszy
czekając cierpliwie, ale w końcu chłopiec tylko uśmiechnął się i skinął głową,
i w końcu Dumbledore wyszedł przez drzwi, aportując się wprost z pustego
korytarza na zasłużony odpoczynek.
*
Andy uśmiechał się głaszcząc
swoją wiśniową różdżkę, klękając przed kamiennym, białym nagrobkiem, na którym
prostymi literami wygrawerowano:
Ruby Wilson
Zmarła 12 sierpnia 1935 roku.
Andy zawsze uważał, że było
to piękne miejsce. Ruby leżała pod wiekowym drzewem, na gałęziach którego
ptaszki wiły swe gniazda, wypełniając niebo radosnym trelem; obok niej szumiało
jezioro, obmywając maleńką plażę. Ruby leżała tu jednak sama, i czasami Andy
czuł wyrzuty sumienia, czuł się winny jej samotności, co próbował zadośćuczynić
częstymi wizytami.
- Cześć, siostrzyczko… Przepraszam,
że nie przyszedłem wcześniej… - zaczął Andy cichym, łagodnym głosem; w końcu
nie pragnął wzbudzić w niej złości. – Mam jednak niesamowite wieści. Nie
uwierzysz! Twój brat jest czarodziejem! Mam nawet różdżkę, spójrz! – Andy, szeroko
się uśmiechając, uniósł czerwoną różdżkę. – Wczoraj, kiedy wróciłem do
sierocińca, czekał na mnie mężczyzna, który okazał się profesorem szkoły
czarodziejów, twierdzący, że jest jednym z nich! Najpierw nie uwierzyłem mu na
słowo, rzecz jasna, sądziłem, że to doktorek znów przysłał znajomych z domu
wariatów. – zatrzymał się, by wziąć pierwszy oddech, poprzednie słowa wyrzucił
z prędkością karabinu. Jego policzki nabrały niezdrowych wypieków. – Zażądałem
dowodu, a on mi go dał! Ruby, Ruby myślę, że ty też jesteś czarownicą. – dodał
z uśmiechem, patrząc na nagrobek z miłością. – Czy zechciałabyś pójść ze mną?
Jestem pewien, że zdołam przekonać Dumbledore’a! Proszę, Ruby pójdź! –
wykrzyknął, a u góry drzewo zaszumiało pod naporem odlatujących w strachu
ptaków. Andy położył się cały na trawie pod nagrobkiem swojej siostry,
dotykając go nosem. – Wiem, że chcesz iść…
– mruczał, a jego ręce zacisnęły się na kiściach trawy. Andy szarpnął,
zgrzytając zębami, i wyrwał ją z korzeniami. Złapał kolejną kiść. –
Potrzebujesz tylko trochę pomocy, prawda? Ruby, wytrzymaj, zaraz cię stamtąd
wydostanę.
Pracował w ciszy, nawet drzewo
bało się mu przerwać, nawet jezioro przestało bić o brzeg. Kiedy skończył z
trawą, zaczął kopać w ziemi, czując jak pot się z niego leje, czując jak
niespodziewany zimny deszcz uderza w jego małe ciało, mieszając się ze łzami.
Nie miał już sił. Upadł w
niegłęboki dół wypełniony wodą, czując się wyczerpany, pusty i wychłodzony.
Deszcz zdawał się z niego szydzić tym, jak mocno uderzał w ziemię, jak
rozwadniał małą górkę, którą wykopał, jak śmiał się rytmicznym deszczem i wył
silnym wiatrem.
Nagle nie był już nad
jeziorem. Leżał w ciemnej komórce pod schodami, w opuszczonej fabryce guzików i
dookoła nie było nikogo… nawet Ruby… tylko ten chichot… ten zimny chichot…
drewniane ściany zdawały się zbliżać… a Andy się dusił, dusił… za wiele wody…
Andy wyskoczył z rowu,
opadając na kolana, kaszląc i z desperacją próbując pozbyć zalegającej w
płucach wody. Gdzieś po drodze spadł mu prawy but. Opadł na czworaka i
zwymiotował. Czuł jak jego usta wykręcają się w fantomowym bólu połamanych nóg,
czuł jak ciepła krew spływa mu po nogach, czuł odór rozkładającego się ciała
Ruby. Oddychał jak topielec, szeroko otwartymi ustami.
- Dlaczego mi to robisz! –
wykrzyknął cienkim głosem, do nikogo w szczególności, zamykając szczelnie oczy
– Dlaczego nie pozwolisz mi zwyczajnie umrzeć! Nie chcę żyć, nie chcę żyć takim
życiem! Jesteś okrutny!
Wiatr odpowiedział mu
bezdusznym śmiechem.
Andy szlochał, wtulając głowę
w przysunięte do brzuszka kolana, obejmując je obiema rękami, czując się taki
mały i samotny. – Ruby, – jęczał – Ruby,
zimno mi. Zimno mi, Ruby. Zamarzam.
Otworzył zapłakane oczy,
słysząc jak ktoś wypowiada jego imię.
- Ruby? – rzucił z nadzieją,
podnosząc się z ziemi. Jego siostra stała nad jeziorem, w świetlistej
poświacie, wyglądając na starszą. Andy zaśmiał się i zmusił zesztywniałą od
zimnego deszczu kończynę do postawienia kroku. – Przyszłaś do mnie.
Usłyszał swoje imię raz
jeszcze, ale nie obchodziło go to. Wolno kroczył w stronę Ruby, w zgarbionej
pozycji, próbując zachować tę odrobinę ciepła, która mu pozostała.
Świetlista Ruby stała nad
powierzchnią jeziora, wyglądając na zasmuconą, rozglądając się dookoła. Skupiła
swoją uwagę na Andy’m i wyciągnęła w jego kierunku oskarżycielski palec.
- Andy, odwróć się – zahuczał
wiatr jej melodyjnym głosem. Andy pozwolił mu przez chwilę obmywać swoją duszę,
przynosić spokój, i kiedy usłyszał po raz trzeci swoje imię, zaczął biec.
- Ruby! – zawołał, ślizgając
się, czując jak zapada się w grząskim gruncie, a Ruby stawała się coraz mniej
widoczna, coraz bardziej jej postać blakła, w miarę jak się zbliżał. Dobiegł do
brzegu jeziora i biegł dalej, rozchlapując wodę, wymachując rękoma, próbując
zachować równowagę.
- Andy, nie! – zawołał niski
głos, i Andy poczuł mocne ręce łapiące go, ale to nie były niczyje ręce, to
były ręce Brudnego Harry’ego, spychające go w dół schodów, i niżej, niżej, i
Andy walczył z całych sił z tymi rękami, drąc się i rycząc w niebogłosy. Ruby popatrzyła
na niego smutno i odwróciła się do odejścia.
- Ruby, nie odchodź!
Siostrzyczko! – płakał, wyciągając za nią rękę, próbując ją dosięgnąć, czując
jak cieknie mu z nosa, jak przegryza sobie dolną wargę i jak ciepła krew mu
spływa po brodzie… Jak ciepła krew spływa po zanurzonych w lodowatej ciemności
nogach…
- Andy, to nie jest twoja
siostra! – przekrzykiwał wichurę ten sam głos, wreszcie unieruchamiając jego
ręce, ale nie powstrzymując jego nóg od kopania. – Twoja siostra nie żyje! To
co widzisz, to tylko błędne ogniki!
Nagle, Andy nie widział już
Ruby tylko mały zawieszony nad powierzchnią wzburzonego jeziora płomień, który
szybko zgasł, a na jego miejsce pojawił się kolejny. Andy patrzył na niego z
niedowierzaniem, czując jak jego ciało wiotczeje w silnych dłoniach Doktora
Fryderyka.
- Ru-u-by – zapłakał,
wtulając się w kurtkę Doktora, gdy ten go odwrócił, podnosząc z zimnej wody
jeziora. Doktor, zaciskając zęby z wysiłku, wyniósł go z jeziora i niósł dalej,
poza rozkopany grób jego siostry, poza jego leżącą gdzieś wiśniową różdżkę, w
stronę sierocińca, gładząc uspokajająco tył jego głowy. – Zimno. – jęknął.
- Już w porządku, Andy –
szeptał. – Zaraz wrócimy, do suchego, ciepłego sierocińca. Już wszystko w
porządku. Jestem przy tobie.
Andy pozwolił mu się nieść,
oddalając się od nocnego jeziora, nad którym błyskały błędne ognie, już nie
płacząc, czując jak jego umysł zapada się w tę samą ciemność okrywającą polanę. Sen przyszedł niepostrzeżenie.
*
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz